JAKAŚ SZOPKA, ISTNY CYRK!

czyli trochę o auto sacramentales, misteriach i szopkach objazdówkach, które wtedy urządzano, ale też o samym spektaklu i o tym, że to w ogóle jest jakaś farsa 

Artur Żmijewski (perfmormer, nie mylić ze znanym aktorem), zamieszał nieco, wystawiając w teatrze mszę. Podobieństwa stają się natychmiast oczywiste: jeden scenariusz, kilku aktorów i symbolika. Wywołało to mnóstwo kontrowersji, ale pomysł kościoła jako miejsca widowisk nie jest wcale taki nowy – tradycja ta sięga przecież X wieku, a i dzisiaj w kościołach możemy zobaczyć jasełka czy misteria. Czemu się jednak dziwić, skoro kulistość ziemi wywołuje dzisiaj tyleż kontrowersji, co w starożytności. Rozumiem, że Żmijewskiemu chodziło o pewne odwrócenie i połączenie sacrum ze świeckością.

Kościoły w średniowieczu musiały jakoś przekazać wiedzę o boskim świecie wiernym, którzy wszak sami nie mogli sobie o nim poczytać. Kościół nie pozwalał czytać Biblii na własną rękę. Dobrze zatem, że inwestował w teatr, a poza tym odsetek czytelnictwa na świecie był wówczas niższy niż dzisiaj w Polsce.

Tak powstały misteria oraz charakterystyczne dla teatru hiszpańskiego autos sacramentales, czyli widowiska wywodzące się bezpośrednio z nauczania Kościoła, jednak bogatsze w formie i uwspółcześnione. Zawierały w sobie wiele alegorycznych elementów: personifikacje Świata, Wolnej Woli czy Zazdrości. Sztuka baroku charakteryzowała się zresztą przedstawianiem scen biblijnych we współczesnym twórcy anturażu, czego przykładem są choćby obrazy Caravaggia.

Hiszpania epoki baroku była miejscem, które ociekało złotem niczym secesyjne obrazy Klimta. Kultura kwitła, bo były fundusze. I tak jak my w ślepym zachwycie patrzyliśmy na Stany Zjednoczone w latach 90, tak Anglia podziwiała Hiszpanię czasów złotego wieku. Hiszpania na tle innych państw była wówczas wyzwolona i nastawiona w pewnym sensie feministycznie (naprawdę!). W odróżnieniu do teatru elżbietańskiego, w jego hiszpańskim odpowiedniku mogły występować kobiety, co relacjonowali przybysze z Anglii, zachwycając się ich grą. Zachowały się też zapisy kupców, którzy uważali, że hiszpańscy aktorzy radzą sobie o wiele gorzej na scenie, niż ich wybitne koleżanki, a gra aktorska kobiet zapiera dech i wzrusza.  

Warto byłoby wyjaśnić różnice między teatrami tamtej epoki we Francji, Anglii i Hiszpanii. Ale zakładam, że o teatrze elżbietańskim każdy z nas co nieco wie, choćby ze szkoły, gdzie omawiało się sztuki Szekspira. O teatrze francuskim wiemy z omówień Moliera. A ten nieszczęsny teatr hiszpański złotego wieku jakoś się pomija. Skoro jednak jednym z jego najwybitniejszych przedstawicieli był Calderón de la Barca, człowiek cichy i wycofany, możemy się domyślać, dlaczego tak jest. Jak już ustaliliśmy: najważniejsza jest autoreklama (patrz: Instagram).

Autos sacramentales to popularne w hiszpańskim złotym wieku sztuki uliczne, które przyciągały spragnionych rozrywki mieszkańców miast – od żebraka do króla. Ich geneza to połączenie misteriów, obrzędów liturgicznych i tradycji tańca z feretronem (obustronnym obrazem z wizerunkiem świętego, figurą lub płaskorzeźbą na podstawie).

Feretron był niesiony przez wiernych w pochodzie niczym król w lektyce i oddawał pokłon napotykanym kapliczkom, krzyżom czy świątyniom.  Z czasem tradycja noszenia feretronu nieco zmieniła swój charakter i nabrała bardziej widowiskowego stylu. Zaczęto traktować pokłony jako pokaz władzy przedstawionej świętości – najczęściej Jezusa, Maryi lub patrona świątyni – nad niosącym go tłumem. Myślenie to zrodziło charakterystyczny dla Hiszpanii, ale spotykany również na Kaszubach, taniec-walkę ze świętym obrazem.

Teatr w Hiszpanii był bardzo popularny, a chodzenie do kościoła było obowiązkiem. Nie było przebacz. Miejcie na uwadze, że w każdej chwili mogła niespodziewanie pojawić się… Hiszpańska Inkwizycja! I była to jedna z niewielu rozrywek dostępnych dla mas. Z czasem sposób przedstawiania sztuk zaczął wykraczać poza możliwości techniczne kościołów a zapotrzebowanie na zaspokojenie tłumu krzyczącego Igrzysk! rosło.  Dlatego trzeba im było znaleźć nowe miejsce.

Bóg dał.

Krzysztof Kieślowski, zapytany w latach dziewięćdziesiątych o urząd cenzorski i jego wpływ na tworzenie filmów, odpowiedział, że wspomina go dobrze; że był to jedyny naprawdę porządnie działający urząd w czasach Polski Ludowej. Wiadomo było, że gdy Urząd zatwierdzi do realizacji film lub inne widowisko, to co by się nie działo, pieniądze muszą się znaleźć. Dlatego Seksmisja Machulskiego pochłonęła majątek, a filmy Wojciecha Jerzego Hasa imponują rozmachem. Podobnie było w Hiszpanii w czasach Pedro Calderóna de la Barki. Autos sacramentales, dekretem króla, były jedynymi widowiskami dostępnymi dla publiki w okresie Bożego Ciała. A skoro były realizowane z nadania władzy, były też jej wizytówką. Stąd przepych, bogate stroje i długi okres przygotowawczy. Prace realizacyjne zaczynały się pół roku wcześniej. Autorom sztuk nie żyło się źle. Średnie miesięczne wynagrodzenie szarego człowieka w tamtym czasie wynosiło około 15 dukatów. Calderón de la Barca mógł liczyć na 350 dukatów za sztukę. I premię. Koszt całego widowiska wynosił do 12 tysięcy dukatów, czyli przewyższał 800 razy średnie miesięczne wynagrodzenie widza, który przyszedł je oglądać.

Po liturgii Bożego Ciała, na placu przed kościołem, zaczynał zbierać się tłum. Kiedy słońce było w najwyższym punkcie nieba, bębniarz intonował rytm i rozbrzmiewała muzyka. Rozproszeni w tłumie tancerze podejmowali pierwsze ruchy, a radość ich tańca inspirowała pozostałych. Nie wiadomo skąd pojawiali się kuglarze, połykacze ognia  i wszystkie te dziwy i atrakcje, które dzisiaj kojarzą nam się ze świeckimi cyrkami. Taneczny pochód ruszał w miasto, wciągając w swoje radosne objęcia napotkanych mieszkańców. Świadectwa tych zabaw można znaleźć w obrazach Pietera Brueghela, niderlandzkiego malarza tamtego okresu. Bo tak jak na kulturę Anglii, Hiszpania miała również wpływ również na kulturę Niderlandów, z którą łączyły ją po równo waśnie i przyjaźnie.

Kiedy pochód docierał na królewski plac, czekała tam na niego scena, na której rozgrywało się auto sacramental. Z jednej strony placu na wysokiej galerii znajdowało się specjalnie przygotowane miejsce dla króla i jego świty, po przeciwnej na dole: dla poddanych. Wejściówki były darmowe, ale ilość ograniczona. 

Co mieli zobaczyć widzowie? Całe bogactwo tego, co oferował barok. Zdobne kostiumy, rozbudowane scenografie i aranżacje muzyczne, które  upodabniały widowisko  do współczesnych koncertów Madonny. Dymy, ognie, mechanizmy zmieniające scenografię, duchy,  pioruny, rozeźlone morze i pływające po nim dzielnie okręty floty hiszpańskiej. Cuda, panie!

Temat był mniej więcej ten sam. Motywy zaczerpnięte z Pisma, często z Mitologii, inkrustowane świecką codziennością: poezja miłosna, zdrady, bandyci, królowie, elementy z gatunku płaszcza i szpady. Wszystko, żeby zadowolić głodny wrażeń tłum i jednocześnie edukować, jak poprawnie się prowadzić. Jednym słowem: rozrywka w ramach propagandy.

Z czasem pewne motywy wyczerpały się w oczach wciąż nienasyconej publiczności, dlatego zastępowano je innymi. Można się tylko domyślać czy tłum wprost wyrażał swoje niezadowolenie, tak jak robiono to w teatrze elżbietańskim, gdzie dochodziło nawet do ataków na aktorów, gwizdów, buczeń czy rzucania kamieniami. Coraz większe zeświecczenie autos sacramentales spowodowało zakaz ich realizacji dekretem królewskim dwa, trzy wieki później.

Bóg wziął.

KONTEKSTY:
PADÓŁ AKA TEATR
CALDERON de la BARCA
MASA, MARZENIA, MASZYNA