spektakle

Zmiana światła

Festiwal Spektakli Crowdfundingowych (#FSCF)

tekst i reżyseria:
Bogusława Sztencel
muzyka, scenografia, kostiumy:
Bogusława Sztencel, Marcin Misiura
światło:
Paweł Nowak
koordynacja:
Grażyna Górka
występuje:
Marcin Misiura

Zmiana światła to przeciętna historia o przeciętnej egzystencji i nieprzeciętnej potrzebie głębokiego doznania.

 

czas trwania: 60 minut

 

 

recenzje: 

 

Chleb z burego ciasta

 

Joga, pizza, mantra, zakwas, asany, curriculum vitae, kontrapunkt... Życie pojedynczego człowieka jest zlepkiem rzeczy poważnych, błahostek, wzniosłych i niewartych uwagi.

 

Bohaterem monodramu Zmiana światła jest młody mężczyzna, aktor, rozwoziciel pizzy, wielbiciel zdrowej żywności i Byrona. Te wszystkie cząstki kumulują się w nim, wzbierają, by w końcu dojść do harmonii. Kluczem do zrozumienia przestawienia, przynajmniej iluzji zrozumienia, jest scenografia. Stojąca na środku, zastępująca scenę, prosta konstrukcja budowlana, po której wspina się bohater. Czasem też na niej leży, medytuje, przygotowuje zaczyn na chleb. Metalowe rusztowanie symbolizuje życie w czasie próby, takie oczekiwanie, że ktoś zbuduje z niego wreszcie coś solidnego.

 

Wypowiadany tekst nie ma dla nikogo znaczenia, jest ważny tylko dla mnie. Jest demonstracją. Jest moim demo. Znam jego kontent i kontekst. Materialnie, namacalnie zapoznałem się ze scenografią i rekwizytami. Sensualnie, wszystkimi zmysłami. Znam konstrukcję i dekonstrukcję. Uderzam głową w mur i podejmuję walkę. A mimo to wyczuwam obecność autora. Autora od braku didaskaliów. Nie wiem, do czego prowadzi. Ani kim jest M.

 

Istotą monodramu jest niedopowiedzenie, kluczenie, błądzenie po tekście sztuki. Czy aktor jest równocześnie autorem, zagadkowym M., którego ślady ciągle go muskają, który ucieka mu na rowerze?

 

Jego egzystencja dzieli się na dwa albo trzy poziomy. Pierwsza realna nie nastraja optymistycznie. Młody, bezrobotny aktor. Frustracja, wielkie nadzieje, rozbudzone na studiach. Miał przecież być odtwarzać wielkie role, grać Giaura. Wisząc na drabinie, patetycznie, drażniąco deklamuje Byrona. Robi to w czasie wolnym od rozwożenia pizzy. I tu przeszliśmy do drugiego poziomu, duchowego. Romantyczny duch wolności, poczucie odmienności od reszty społeczeństwa. Rozbudzone wyższe potrzeby ego zaspokaja w jodze. Praktykowanej według modnego podręcznika. Bo musi być trendy, żeby nie przepaść wśród znajomych, robiących karierę. Modne jest też pieczenie chleba, ale ta czynność urasta u niego do poziomu mistycznego, aktu kreacji. Niedowartościowany, młody człowiek chociaż tutaj może poczuć się demiurgiem. I też poszczególne etapy pieczenia chleba, podawane niczym w programie kulinarnym, dzielą monodram na części.

 

Marcin Misiura przyznał w rozmowie, że sztukę tworzyli wspólnie z Bogusławą Sztencel, na podstawie jego osobistych przeżyć. Aktor, mimo młodego wieku, zdążył już poznać ciężkie realia zawodu, przemykanie teatralnymi korytarzami z cv i podaniami o pracę w ręku, odmowy dyrektorów, którzy nigdy nie mają czasu. Piękne jest to, że sprowokowało to twórców do stworzenia tak subtelnego i finezyjnego głosu buntu. Może nie trzeba krzyczeć, by zostać usłyszanym. I wreszcie przejdźmy do ostatniego poziomu, filozoficznego. Poszukiwanie sensu powołania, ontologia bycia aktorem w dzisiejszych czasach. Uparte drążenie w świadomości tekstu dramatycznego, zwątpienie w jego istnienie, działanie. Próba wyjścia i poszukiwania siebie w autorze, penetracja prowadząca na manowce didaskaliów.

 

Marcin Misiura nie zatonął w tej głębokiej wodzie domysłów, do której się rzucił. Podołał niesłychanie trudnemu, gdyż wymagającemu zarówno warsztatu, jak i wrażliwości, poważnemu zadaniu aktorskiemu. Potrafi skupić na sobie uwagę widza, nie nuży, nie męczy. Spektakl zaczyna się od mroku, potem strumień światła powoli rozszerza się, by w końcu ukazać bohatera i rusztowanie w pełnej jasności. Technika w teatrze odzwierciedla przebudzenie w świadomości bohatera. Światło spaja w całość rozrzucone elementy świata. Z burego ciasta udaje się upiec chleb. Budzi się nadzieja w młodym człowieku, zmęczonym kakafonią bodźców. Brzmi pretensjonalnie i naiwnie, ale takie nie jest. Całość ratuje postmodernistycznie pocięty tekst, monolog bohatera w stylu strumienia świadomości Joyce'a.

 

Justyna Nawrocka / Dziennik Teatralny Wałbrzych / 15 maja 2015 r.