o teatrze

Magdalena Kaszewska
Magdalena Kaszewska, fot. Janusz Szymański 

 

Wybrałam teatr, taką drogę, tutaj niczego nie da się ukryć i oszukać. Na scenie jesteśmy tu i teraz dla Widza i od nas zależy, czy do niego dotrzemy poprzez graną postać i czy będzie chciał wrócić.

 

 

Teatr to… moja pasja. Magiczne miejsce, w którym mam szczęcie się realizować. To mój mały azyl. Tutaj wszystko jest możliwe.


Granie jest dla mnie… ogromną przyjemnością. Wyzwaniem, zastrzykiem adrenaliny. Jest ciągłym poszukiwaniem, przeżywaniem emocji, uczuć, przekraczaniem granic i odkrywaniem siebie.


Aktor jest po to, by… dotrzeć do widza i wiarygodnie wciągnąć go w sceniczną rzeczywistość. Poruszyć, pobudzić do refleksji, czasem śmiechu. Zawsze mówię, że jest swojego rodzaju filtrem. Aktor powinien rozumieć, co ma do przekazania, przepuścić przez siebie, pokazać i czerpać z tego przyjemność.


Gdybym nie była aktorką… aż strach pomyśleć! Ale jestem.


Mój pierwszy raz na scenie… był w Operze Poznańskiej. Pierwsze kroki stawiałam w Szkole Baletowej. Scena, maleńka rólka, przygotowania, godziny spędzone na próbach, obserwacje i wielkie ciche marzenia. Czego chcieć więcej? Magia sceny. To tam nauczyłam się szacunku do pracy, samokontroli, dyscypliny i pokory.


Moje największe wyzwanie… mam nadzieję, że jeszcze przede mną. Póki co przyszłość.


Największy sukces… jestem zbyt krytyczna i wymagająca dla siebie, by rozpatrywać swoje dokonania w kategorii sukcesu.


Rola marzeń… Taka, którą będę kochać i nienawidzić, bronić i oskarżać. Złożona psychologicznie, pełna sprzeczności, w której będę mogła wyrazić siebie i przekazać coś  innym.


Moja ulubiona kwestia… ostatnio: ,,Sytuacja nie jest łatwa, wymaga  namysłu’’. To kwestia ze spektaklu ,,Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata’’. Chociaż ta kwestia została wycięta i nie pada na scenie, to zapadła mi w pamięć i często się nią posługuję.


Inspiracji szukam… wszędzie. Staram się być otwarta i obserwować. Inspiracją może być wszystko, trzeba tylko umieć to dostrzec.


Lubię, kiedy Widz… Daje się  uwieść, skupia uwagę i nie jest obojętny. Nawiązuje się wtedy pewien rodzaj energii, porozumienia miedzy jedną a drugą stroną. Kiedy widz coś przeżyje i wyjdzie z zamysłem, nie mając poczucia straconego czasu, wtedy wiem, że przedstawienie spełniło swoją rolę.


Pamiętam wpadkę… niejedną, ale to nie są jakieś traumatyczne wspomnienia, raczej wywołujące  uśmiech. Pracujemy zespołowo, to jest wpisane w nasz zawód i musimy umieć sobie z tym radzić.


Największy koszmar związany ze sceną… brak sceny.


Aktorstwo nie jest dla… mnie rywalizacją, wyścigiem za  popularnością i mamoną. Serialowe granie mnie nie interesuje. Tam z każdego można zrobić lepszego czy gorszego ,,aktora’’. Wybrałam teatr, taką drogę, tutaj niczego nie da się ukryć i oszukać. Na scenie jesteśmy tu i teraz dla Widza i od nas zależy, czy do niego dotrzemy poprzez graną postać i czy będzie chciał wrócić.


Kiedy schodzę ze sceny… mam niedosyt, poczucie, że mogłam lepiej, że chcę raz jeszcze, ale jednocześnie czuję się spełniona.


Tremę mam… zawsze, ale działa na mnie mobilizująco, napędza do działania. Przed spektaklem skupiam się i analizuję powierzone mi zadania.


Teraz pracuję nad… sobą, jak zawsze. Spektakle, przy których ostatnio pracowałam, miały  już swoje premiery, czas prób się skończył, teraz gramy. Mam czas, by zająć się swoimi sprawami. Czekam na kolejne wyzwania.


Teatr Nowy jest dla mnie… miejscem ważnym. Po skończeniu Szkoły Teatralnej we Wrocławiu właśnie tutaj dostałam etat, choć z początku nie wiązałam z Łodzią swoich planów. Tutaj znalazłam swoją przestrzeń do realizacji, tutaj spędzam większość czasu i tu mam przyjaciół. Teatr Nowy to przecież nie tylko budynek  przy ulicy Zachodniej, to wyjątkowe miejsce, które tworzą wspaniali ludzie.


Moim mistrzem jest… nie mam wzoru, w który byłabym wpatrzona i ceniła ponad innych. Jest wielu wspaniałych twórców i odtwórców teatralnych i filmowych, których doceniam i lubię. Jestem  kinomaniaczką, potrafię być w kinie dwa razy w tygodniu i oglądam wszystko od tzw. wyższej półki, po „odmóżdżacze”. W teatrze ciężej mnie zaskoczyć, jestem dość wymagającym widzem. Widziałam wiele dobrych spektakli i są reżyserzy, z którymi z przyjemnością bym popracowała.


Ze  Szkoły Teatralnej pamiętam… pierwszy bunt i zerwanie tradycji szkolnej, czyli fuksówki, bufet u Pani Lucynki – miejsce odpoczynku i narad, korzystanie z legitymacji szkolnej w celu nadrabiania zaległości kulturalnych, jak np. chodzenie na wszystko, co było grane w teatrach i długie dyskusje. Pamiętam świetną atmosferę, fajnych, zwariowanych, zgranych ludzi, pracę do późnych godzin nocnych, choć bywało, że z marnymi efektami. I pamiętam wydrapany napis na zastawce, na który patrzyłam przez cały okres studiów i nieco mnie przerażał „Państwowa Wyższa Wylęgarnia Złudzeń”. To był naprawdę fajny czas.

 

Podstrona aktorki