o teatrze

Wojciech Oleksiewicz

sylwetka marca 2015

Wojciech Oleksiewicz 

 

Teatr to takie miejsce w mojej głowie,

Które i raną jest, i ukojeniem.

Często w bezkresy unosi na skrzydłach,

Zaś kiedy indziej powala na ziemię. 

 

A nasze dzieła czasem obojętne,

Znów, drugim razem wszyscy się zachwycą.

Jest jakiś sekret głęboko skrywany,

- Granie jest dla mnie taką tajemnicą.

 

Choć jestem w Nowym Teatrze od dawna

Starość w me oczy jeszcze nie zagląda,

Duch we mnie młody miejsce sobie ugrzał,

Rzuca wyzwania, aktywności żąda

 

I prawdy czeka, ale czymże prawda?

Duch podszeptuje, zanęca i kusi,

Pracować każe, refren przywołuje:

Aktor jest po to, by robił, co musi!

 

Och! Gdybym nie był aktorem na tymże

Ziemskim padole, mrocznej łez dolinie,

To bym wirował jak derwisz wędrowny

I smutek gasił w rubinowym winie.

 

Kiedy mój pierwszy raz na scenie wspomnę,  

Łza oko ciągnie, zapłakać nie mogę,

Mickiewiczowskie Dziady i te słowa,

Które pamiętam „…każdy w swoją drogę”!

 

I tak się stało, dawne bohatyry

Się rozjechały w cztery strony świata,

A te Hamlety, honory, ordery

Gdzieś wypłowiały przez kolejne lata.

 

Całkiem jak wczoraj, ze szkoły pamiętam,

Buńczuczny pazur, umysł niepokorny

I zapach wiatru co włos mi ukręcił,

I to czekanie, czy już jestem wolny?

 

Czy już świat o mnie teraz się upomni

Na scenie, tudzież na srebrnym ekranie?

Oto ja cały, gotowy na wszystko.

To było moje największe wyzwanie.

 

Największy sukces? a cóż to takiego:

Sława, pieniądze, zachwyty, cmokania.

A dla mnie sukces pozostanie silnym

Bólem w ramieniu od poklepywania.

 

O ideały, moje ideały!

Dajcie mi siły jeszcze i wytrwanie,

Bo cierpliwości brakować zaczyna,

Gdy rola marzeń to oczekiwanie.

 

Tak wiele myśli można wypowiedzieć,

W słowa je ubrać, nie szczędząc mozołu,

Jest taka moja ulubiona kwestia

Brzmi tajemniczo – „podano do stołu”.

 

Ileż energii można z niej wykrzesać,

Jakąż jej rangę nadać i znaczenie?

Ja, inspiracji szukam w swoim życiu,

Bo moim mistrzem jest moje marzenie!

 

Cóż, marzycielską właśnie mam naturę,

Bo innej nie mam i mieć nie chcę wcale.

Najbardziej lubię, kiedy widz znudzony

Z nagła załapie się na moją falę

 

I surfujemy razem poprzez bezmiar

Myśli kłębiących, choć pamiętam wpadkę,

Gdy zza tej fali rozległo się głośne,

Kategoryczne „gościu kończ tę gadkę!”

 

Jakaż  potworność taki cios obuchem,

Największy koszmar związany ze sceną,

Dosięga w chwili gdy już szczyty blisko.

Och! nie jest łatwo, nie jest z Melpomeną!

 

Ciągłe rozdarcie, wieczne wątpliwości,

Które nam trzewia tną zjadliwe noże.

Aktorstwo nie jest dla tych niewrażliwych

– Mam taką listę i w dyrekcji złożę

 

I ta wrażliwość, powiewność i czucie

Ognie rozpala, które płoną stale,

I kiedy schodzę ze sceny półżywy,

Bo już po wszystkim – papierosa palę.

 

A kiedy nie gram, to za pióro chwytam

I nim wywijam jako szermierz szpadą,

I wypatruję w swym domu pod lasem,

Czy jacyś goście dzisiaj nie przyjadą.

 

W domu sielanka, pralka sama pierze,

Przy boku żona, na posłaniu zwierzę.

A ponad głową gwiazdy nocą ciemną

Wciąż wyczekują, by móc zagrać ze mną.

 

 

Podstrona aktora