o teatrze

Michał Kruk

sylwetka października 2014

Michał Kruk, fot. Krzysztof Bieliński 

 

Gdybym nie był aktorem, byłbym nikim. Przed szkołą teatralną robiłem tyle rzeczy, które mi nie wyszły, że aktorstwo jest chyba ostatecznością. Mówi się, że jeżeli potrafisz żyć, zajmując się czymkolwiek innym niż aktorstwo, to zrezygnuj z aktorstwa. Ja nie potrafię.

 

 

Teatr to energia, która wytwarza się między aktorami, a potem między aktorami i widzami. Coś pięknego.

 

Granie jest dla mnie… hm… nie lubię słowa granie. Na scenie lepiej być niż grać.

 

Jestem w Nowym czwarty sezon.

 

Aktor jest po to, by poruszyć, nieważne w jaki sposób. Aktor jest dla widzów. To chyba oczywiste.

 

Gdybym nie był aktorem, byłbym nikim. Przed szkołą teatralną robiłem tyle rzeczy, które mi nie wyszły, że aktorstwo jest chyba ostatecznością. Mówi się, że jeżeli potrafisz żyć, zajmując się czymkolwiek innym niż aktorstwo, to zrezygnuj z aktorstwa. Ja nie potrafię :-)

 

Mój pierwszy raz na scenie kojarzy mi się z pierwszym występem z prawdziwą publicznością na pierwszym roku szkoły teatralnej. Pokazywaliśmy w teatrze studyjnym egzamin Marcina Brzozowskiego. Magiczny egzamin. Magiczne przeżycie.

 

Ze szkoły pamiętam tak wiele, że nie starczyłoby papieru, żeby to opisać. Miałem świetnych pedagogów, fantastycznych i zdolnych kolegów. Przeżyłem najcudowniejsze cztery lata w moim życiu.

 

Moje największe wyzwanie... wszystkie wyzwania, które aktualnie realizuję, są największe.

 

Największy sukces to nagroda na Festiwalu Szkół Teatralnych. Mam nadzieję, że nie ostatnia.

 

Rola marzeń: Valmont w Niebezpiecznych związkach.

 

Moja ulubiona kwestia to: „Bo układanie Wierszy i Piosenek to nie są rzeczy, które się łapie w powietrzu. To one cię łapią i wszystko, co można zrobić, to pójść tam, gdzie one mogłyby cię znaleźć.” A.A. Milne Kubuś Puchatek.

 

Inspiracji szukam zawsze na scenie, czerpiąc z kolegów, autorów i reżyserów kolejnych spektakli.

 

Moim mistrzem jest... nie, moimi mistrzami są moi pedagodzy z PWSFTViT: Ewa Mirowska, Wojtek Malajkat, którzy byli moimi opiekunami w szkole. Dużo nauczyłem się także od Janusza Gajosa, Michała Staszczaka i Marcina Brzozowskiego. Moim ojcem teatralnym po skończeniu szkoły, dzięki któremu bezboleśnie wszedłem w zawód, jest Janek Jankowski. Mam z nim przyjemność grać od wielu lat w Teatrze Komedia w Warszawie.

 

Lubię, kiedy widzowie oddają energię, którą aktorzy wytwarzają na scenie.

 

Pamiętam wpadkę, kiedy podczas pojedynku na szpady jedna z nich, a konkretnie moja, z pełnym impetem pofrunęła w widownię. Na szczęście fotel, w który trafiła, był pusty.

 

Największy koszmar związany ze sceną to tylko koszmar senny. Zdarzyło mi się to wielokrotnie, na szczęście nie w rzeczywistości.

 

Aktorstwo nie jest dla tych, którzy nie podchodzą do niego z pasją.

 

Kiedy schodzę ze sceny, najczęściej biegnę szybko pod prysznic. Wtedy łatwiej jest się otrząsnąć z emocji po zagranym przedstawieniu.

 

Kiedy nie gram w teatrze, gram na parkiecie. Od dwudziestu sześciu lat uprawiam koszykówkę.

 

Tremę mam rzadko, chociaż coraz częściej. Myślę, że z wiekiem jestem bardziej świadomym aktorem. Kiedyś wychodziłem na scenę bez żadnego strachu.

 

Teraz pracuję nad nowym spektaklem w Teatrze Nowym pod tytułem Wyszedł z domu. Tak zwana komedia Tadeusza Różewicza w reżyserii Michała Rzepki.

 

W domu spędzam czas z moim synem Janem. Jest moim oczkiem w głowie.

 

Podstrona aktora.