o teatrze

Marek Lipski

sylwetka maja 2014

Marek Lipski, fot. Janusz Szymańśki 

 

Kiedy zaczynałem, starsi koledzy mówili, że to nie jest zawód dla każdego. Teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to prawda. Od aktorów, mówiąc bardzo ogólnie, wymaga się wrażliwości, wyobraźni i wielu podobnych cech, a jednocześnie wymaga się, aby doskonale radzili sobie ze stresem i innymi przeciążeniami psychicznymi. Te przeciwstawne cechy charakteru, których wymaga się od aktorów, bardzo często powodują u nich swoistą schizofrenię. Ci, którzy potrafią dać sobie z tym radę, funkcjonują, ale są inni, którzy mają z tym olbrzymie problemy.

 

 

Teatr to ludzie, budynek, miejsce pracy, emocje (te dobre i te złe), uniesienia, depresje, radość, smutek.  Ot, takie dziwne, ale bardzo interesujące miejsce.

 

Granie jest dla mnie sposobem na życie? Zarabianiem jakichś tam pieniędzy? Możliwością spędzania w ciekawy sposób dużej ilości czasu? Radością? Zrealizowaniem marzeń? Możliwością spotkania ciekawych ludzi? Chyba nie da się określić jednym zdaniem, czym jest dla mnie granie.

 

Jestem w Nowym z przerwami od 1982 roku. Zacząłem tuż po szkole i z przerwami jestem do dziś. To już ponad 20 lat w tym teatrze.

 

Aktor jest po to, by grać, grać i grać! To powinno być główne zajęcie aktora. Niestety dzisiejsza rzeczywistość stawia przed aktorami różne wyzwania, które trzeba podejmować. Bardzo często te wyzwania przeszkadzają w skupieniu się na pracy aktorskiej, ale cóż, takie życie i trzeba się do tego dostosować.

 

Gdybym nie był aktorem... W swoim dorosłym zawodowym życiu zajmowałem się rożnymi profesjami (nie teatralnymi) i zawsze jakoś potrafiłem się przystosować. Uważam, że moje doświadczenia wynikające z bycia aktorem były szalenie pomocne w tych  innych zajęciach. Nie zastanawiałem się, co mógłbym robić, gdybym nie był aktorem, ale sądzę, że byłaby to praca związana z bezpośrednim kontaktem z ludźmi.

 

Mój pierwszy raz na scenie… Na zawodowej scenie wystąpiłem w Teatrze Nowym zaraz po skończeniu szkoły aktorskiej. Było to zastępstwo za kolegę, który odszedł z teatru, w bajce dla dzieci. Działo się to bardzo szybko. Pracę zaczęliśmy w połowie września, a już pod koniec tego miesiąca grałem w tej bajce. A za chwilę role w Rodzinie Antoniego Słonimskiego i w Tangu Sławomira Mrożka. To były te pierwsze moje poważne zadania na zawodowej scenie. A tak naprawdę pierwszy raz na scenie byłem w szkole średniej, gdzie jako członek „Koła Małych Form Teatralnych” brałem udział w wystawianiu różnych dziwnych rzeczy.

 

Ze szkoły pamiętam fajnych ludzi, dużo, cholernie dużo pracy, wspaniale spędzany czas, nadzieje, smutki, radości, przyjaźnie trwające niekiedy do dziś. Ale największe wrażenie robiła na mnie możliwość poznania ludzi. Profesorów, koleżanek, kolegów,  nie tylko z mojego wydziału i nie tylko ze szkoły filmowej.

 

Moje największe wyzwanie… Kiedy ktoś postawi przed nami zadanie, które wydaje się czasami nie do zrealizowania, uważamy że jest to największe wyzwanie, jakie zostało przed nami postawione. Potem, kiedy udało się nam podołać temu wyzwaniu, stwierdzamy, że skoro daliśmy sobie z tym radę, to chyba nie było to największym wyzwaniem. Do tej pory jakoś udawało mi się realizować wyzwania, które były trudne i na pierwszy rzut oka niemożliwe. Tak więc uważam, że moje największe wyzwanie jest jeszcze przede mną.

 

Największy sukces… Nie wiem, co jest moim największym sukcesem. Było parę dających mi satysfakcję i docenionych przez widzów i krytyków ról teatralnych. Dostałem nawet nagrodę Urzędu Miasta za najlepszy debiut teatralny. Wydaje mi się, że mój największy sukces to jest coś, co jeszcze nastąpi.

 

Rola marzeń… Nie mam takowej. Ale bardzo lubię mierzyć się z postaciami silnie charakterystycznymi, jak np. Aktor w spektaklu Na dnie. Miałem możliwość zagrać tę postać i pamiętam, że praca nad tą rolą była ciężka i jednocześnie bardzo interesująca. Efekt? Wiem, że była to postać, która zapadła w pamięci widzów. Dało mi to sporo satysfakcji.

 

Moja ulubiona kwestia: „Co się będę opieprzał” – powiedział  Edek, którego grałem. To tekst z III aktu Tanga Sławomira Mrożka. Zawsze będzie mnie śmieszyć. Te słowa i sceniczna sytuacja, która generuje to zdanie. A poza tym mnóstwo kwestii, które mówi Vladimir w Czekając na Godota. Wspaniałe, cudowne zdania, pobudzające człowieka do zastanowienia się i do przemyślenia całego swojego życia Nie będę ich przytaczał, bo praktycznie mógłbym tu zamieścić cały ten wielki, niezapomniany, pouczający dramat Becketa.

 

Inspiracji szukam… Staram się podpatrywać życie – swoje i innych. Sytuacje, których jestem świadkiem. Staram się zapamiętywać zachowania ludzi, ich reakcje na to co przynosi rzeczywistość. To kopalnia pomysłów do wykorzystania.

 

Moimi mistrzami są aktorzy, którzy przez całą swoją karierę zawodową maja ciągle coś interesującego do powiedzenia na scenie czy też na ekranie. Oczywiście zależy to od wielu rzeczy, od predyspozycji aktorskich, reżysera i mnóstwa innych okoliczności. To właśnie są moi mistrzowie. Chciałbym kiedyś im dorównać.

 

Lubię, kiedy widz daje się ponieść temu co mówię i robię na scenie, kiedy czuję, że jestem w stanie przez chwilę przykuć jego uwagę. Wiem wtedy, że jest skupiony na słowach i obrazach płynących ze sceny. Daje mi to poczucie, że mam w widzu partnera, który mnie w swoisty sposób rozumie.

 

Pamiętam wpadkę… W moim wypadku są to wpadki związane z ulatującym gdzieś tekstem sztuki. Nagle, zdaję sobie sprawę, że nie pamiętam, co mam powiedzieć. To są czasami straszne chwile i nie zawsze udaje się na tym zapanować w taki sposób, aby widzowie tego nie zauważyli. Oczywiście często pomagają partnerzy sceniczni, ale niekiedy jestem na scenie sam i wtedy znikąd pomocy. Czarna dziura. Dawnymi czasy byli suflerzy, ale teraz to już przeszłość. Tak czy inaczej, pomimo dużego w takich sytuacjach stresu, staram się zawsze powiedzieć choćby własnymi słowami, to co ma powiedzieć postać którą gram, żeby akcja sztuki mogła pójść dalej. Wiadomo, „The show must go on”.

 

Największy koszmar związany ze sceną… Pierwszy mój rok na scenie. Około godziny 16 odbieram telefon w domu. Dyrektor Teatru Nowego, wtedy Wojciech Pilarski, informuje mnie, że mam przyjechać do teatru, ponieważ tego samego dnia o godzinie 19 mam zrobić zastępstwo za kolegę, który nie jest w stanie dojechać gdzieś z Polski na spektakl. Spektakl wcześniej widziałem, ale przecież w nim nie gram. Tekstu jest sporo. Była to postać służącego, który przewijał się przez wszystkie trzy akty sztuki. Zjawiłem się w teatrze już podenerwowany. No i zaczęło się. Koledzy pokazywali mi moje miejsca w sytuacjach scenicznych. Zaczęliśmy przypinać w różnych miejscach na dekoracjach (oczywiście w miejscach niewidocznych dla widzów) kartki z tekstem, który mam powiedzieć. Nie byłem w stanie nauczyć się wszystkiego na pamięć, że względu na brak czasu. Po ponad dwóch godzinach zwariowanej pracy spektakl się rozpoczął. Nie pamiętam jak to wszystko poszło. Byłem strasznie zestresowany. Pamiętam tylko, że byłem dosłownie przestawiany przez kolegów na scenie z miejsca na miejsce. Wszyscy podpowiadali mi tekst. Czuwano kiedy mam wejść na scenę i kiedy z niej zejść. Po spektaklu nie wiedziałem jak się nazywam i co ja robię w tym miejscu. Byłem potwornie zmęczony, bolała mnie głowa i całe ciało. Dopiero w kilka dni po tym wydarzeniu opowiedziano mi jak to wszystko wyglądało. Koszmarne przeżycie, ale jak mówili koledzy udało się. Zrobiłem i powiedziałem na scenie prawie wszystko, co miałem zrobić i powiedzieć. Będę pamiętał tę sytuację długo.

 

Aktorstwo nie jest dla… Kiedy zaczynałem, starsi koledzy mówili, że to nie jest zawód dla każdego. Teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to prawda. Od aktorów, mówiąc bardzo ogólnie, wymaga się wrażliwości, wyobraźni i wielu podobnych cech, a jednocześnie wymaga się, aby doskonale radzili sobie ze stresem i innymi przeciążeniami psychicznymi. Te przeciwstawne cechy charakteru, których wymaga się od aktorów, bardzo często powodują u nich swoistą schizofrenię. Ci, którzy potrafią dać sobie z tym radę, funkcjonują, ale są inni, którzy mają z tym olbrzymie problemy.

 

Kiedy schodzę ze sceny i mam poczucie, że zagrałem co najmniej dobrze i że widzowie spędzili interesujący wieczór w teatrze, jestem zadowolony. Kiedy jest inaczej, jestem po prostu zły.

 

Kiedy nie gram, staram się normalnie funkcjonować. Dzielę czas między obowiązki domowe, rodzinne, zainteresowania, zobowiązania towarzyskie. Niekiedy pomagam przyjaciołom i znajomym opanowywać „dziwny i niezrozumiały świat” komputerów.

 

Tremę mam… A mam! Każdy ma. Trema niekiedy mobilizuje, a niekiedy paraliżuje. Doprawdy nie wiem, od czego zależy, że raz jest tak, a innym razem inaczej.

 

Teraz pracuję nad… Aktualnie nie próbuję w żadnej sztuce w teatrze, więc próbuję likwidować moje zaległości w zawodowych i życiowych dziedzinach różnych!

 

W domu… Lubię być w swoim domu, a właściwie w domu moim, żony i syna. Lubię w nim pracować, mieszkać. Jestem trochę domatorem. Trochę, ponieważ lubię jednocześnie poznawać nowe miejsca i nowych ludzi i już tęsknię do urlopowych wycieczek w Tatrach.

 

Podstrona aktora