o teatrze

Konrad Michalak

sylwetka czerwca 2015

Konrad Michalak 

Teatr to miejsce, gdzie wyobraźnia staje się sztuką.

 

Granie jest dla mnie kontynuacją zabaw z dzieciństwa. Powinno zawsze przynosić frajdę.

 

Jestem w Nowym drugi sezon.

 

Aktor jest po to, by wiarygodnie okłamując widza, przekazać mu prawdę.

 

Gdybym nie był aktorem, to na pewno nie wypełniałbym teraz tej ankiety. Tylko tego mogę być pewien. Kim bym był? Wiem na pewno, że nie wysiedziałbym ośmiu godzin dziennie za biurkiem.

 

Mój pierwszy raz na scenie był wynikiem splotu przypadkowych zdarzeń. Za ten pierwszy raz uznaję rolę w sztuce Odmieniec w czasach szkoły podstawowej. Debiut nie tylko aktorski, ale i reżyserski. Była to pierwsza poważna rola z tekstem. W pamięci pozostała mi jedynie kwestia o „maści tormentiol, która wyleczy wszystko”. Później tak bardzo uwierzyłem w te słowa, że oferowałem ową maść koledze, którego bardzo bolała głowa.
Debiut sceniczny, ale w roli niemej, zaliczyłem natomiast w zerówce. Rola Śnieżyna została jednak przeze mnie zakopana głęboko w pamięci, podobnie jak zdjęcie w kostiumie złożonym z białych rajstopek i koszulki z frędzlami z bibuły.

 

Ze szkoły pamiętam przede wszystkim ludzi, którzy ją tworzyli. Najlepsze wspomnienia związane są z pierwszym i drugim rokiem studiów, kiedy to spędzało się w szkole całe dnie. Fuksówka. Nocne próby. Imprezy. Rozwój świadomości. Wspaniali ludzie. Inspirujący profesorowie. Chciałoby się cofnąć czas.

 

Moje największe wyzwanie: na maj-czerwiec tego roku – zrobić trzy dobre premiery i jednocześnie zdać z powodzeniem wszystkie egzaminy na studiach prawniczych i doktoranckich.

 

Największy sukces to pewnie jakieś zdarzenie z mojego życia, które stanowi warunek sine qua non obecnej sytuacji, w której się znajduję. Jednostkowe sukcesy pojawiają się prawie każdego dnia i dają szczęście. Największym sukcesem jest być szczęśliwym cały czas. Tak, jestem szczęśliwy.

 

Rola marzeń: kiedy przyjdzie, zniknie ze sfery marzeń. Chciałbym, żeby było to coś, co spowoduje, że sam się zdziwię, że zrobiłem coś takiego. Coś, co mnie zaskoczy. Mam kilka marzeń, ale nie ujawnię ich, bo wtedy nie będzie zaskoczenia.

 

Inspiracji szukam wszędzie i przeważnie znajduję w najmniej spodziewanych miejscach. Lubię gromadzić wiedzę z różnych źródeł i to mnie zwykle inspiruje.

 

Moim mistrzem jest każdy, od kogo czegoś się nauczę.

 

Lubię, kiedy widz jest prawdziwy, nie udaje, reaguje.

 

Pamiętam wpadkę... chyba w każdym spektaklu była jakaś. Jedna natomiast szczególnie zapadła w pamięci, ponieważ wywołała serię niefortunnych, niechlubnych zdarzeń. Czwarty rok studiów. Teatr Studyjny. Spektakl Ożenek. Kolega dość poważnie „zgotował się” (wybuchnął prywatnym, niekontrolowanym śmiechem na scenie), powodując podobną reakcję pozostałych aktorów. Za karę w męskiej garderobie zawisła lista osób, które się „zgotowały”. Z czasem, z kolejnymi spektaklami lista ta zamieniła się w ranking czołowych „goterów”, a kolejne kreski stawiane przy nazwiskach wywołały atmosferę rywalizacji i walki o pierwszą pozycję. Wstyd przyznać, ale znajdowałem się w czołówce.

 

Największy koszmar związany ze sceną – jak u prawie każdego aktora – przytrafił się we śnie przedpremierowym. Śniło mi się, że rozpoczął się drugi akt Romy i Juliana, a ja nie mogę trafić na scenę, zagubiony w zapętlonym labiryncie teatralnych korytarzy. Sen ten ostatnio niemal się urzeczywistnił. Podczas jednej z prób generalnych do Spowiedzi masochisty, ze względu na nocną porę i zmęczenie, przechodząc z jednej kulisy małej sceny do drugiej, co wymaga poruszania się korytarzem piętro niżej, odruchowo poszedłem schodami w dół i znalazłem się... na pogrążonej w ciemnościach dużej scenie. Dopiero po chwili ocknąłem się, pomyślawszy „co ja w ogóle tutaj robię?!” i trafiłem we właściwe miejsce. Szczęśliwie miałem jeszcze zapas czasu.

 

Aktorstwo nie jest dla egoistów.

 

Kiedy schodzę ze sceny, jestem szczęśliwy i mam niedosyt. Rozmyślam, co udało się zrealizować, a co nie powiodło się i dlaczego.

 

Kiedy nie gram, jestem zawsze w biegu.

 

Tremę mam przyjemną, motywującą. Kiedyś była ogromna, czasami niemal paraliżująca. Pozbyłem się jej po studiach w trakcie pracy w teatrze we Włoszech, pewnie ze względu na tamtejszy styl życia. Teraz lubię, kiedy nachodzi mnie lekka trema przed wejściem na scenę.

 

Teraz pracuję nad sobą, nieustannie. Jeśli zaś chodzi o sztukę, to przygotowujemy Vatzlava Sławomira Mrożka, gdzie trudzę się nad rolą Józia.

 

W domu bywam krótko. Za szybko mija czas, by przesiadywać w domu. Chociaż domyślam się, że z wiekiem zacznę mówić: za szybko mija czas, by przebywać tyle poza domem. Ale to pewnie dopiero wtedy, kiedy pojawi się żona, dzieci, itd.

 

Podstrona aktora