o teatrze

Katarzyna Żuk

sylwetka grudnia 2012

Katarzyna Żuk, fot. Janusz Szymański 

 

Mam taki problem, że bardzo zakochuję się w ludziach, z którymi pracuję. Bardzo zależy mi na tym, żeby oprócz wykonywania zawodu i pracy nad rolą, poznawać jeszcze ludzi. Tak zwyczajnie, po prostu zwykłych ludzi. Strasznie lubię swoich kolegów. To bardzo ważne, bo dzięki naszej przyjaźni czuję komfort i psychiczny spokój w czasie pracy.

 

 

Agnieszka Cytacka: Co robi Katarzyna Żuk, kiedy wychodzi z teatru?

 

Katarzyna Żuk: Kiedy wychodzę z teatru odbieram dzieci z przedszkola, robię obiad, ciasto, na drutach. Biegam, czytam książki i oglądam horrory.

 

Ot, zwykła aktywność każdej kobiety! Ale poza teatrem Katarzyna Żuk zajmuje się również… teatrem.

 

Od 10 lat prowadzę swoją grupę teatralną w Zgierzu. Częściowo składa się ona z ludzi, którzy pamiętają jej początki, a częściowo są to już zupełnie nowe osoby. Właściwie oni wszyscy są już moimi przyjaciółmi.

 

Co w praktyce oznacza prowadzenie grupy teatralnej?

 

W praktyce wszystko robimy razem. Jeśli mamy pomysł na spektakl, rodzi nam się temat albo miejsce, w którym chcielibyśmy funkcjonować – czasem po prostu pojawia się potrzeba zagrania jakiejś roli – to zaczynamy pracę nad spektaklem, chociaż nie ma on jeszcze całego tekstu, nie ma tytułu. Wszystko rodzi się w trakcie prób. Pomysł na spektakl, nad którym teraz pracujemy, zrodził się z doświadczenia zawodowego jednej z naszych dziewczyn. Jest ona na czwartym roku prawa,  wybiera się na kryminalistykę. Chciała przeanalizować schemat psychologiczny osoby, którą potencjalnie w przyszłości będzie bronić albo skazywać. W związku z tym postanowiła zagrać kogoś, kto morduje drugiego człowieka.

 

Pracujecie razem, ale de facto to ty koordynujesz proces twórczy, spajasz waszą pracę. Jesteś reżyserem tych spektakli. Trudna jest praca reżysera, który realizuje teatr amatorski i pracuje z aktorami niezawodowymi?

 

Ja ich już tak dobrze znam, że praca z nimi nie stanowi dla mnie problemu. Nie muszę nic mówić. Oni i tak wiedzą, czy coś robią źle czy dobrze, kiedy będę zadowolona, a kiedy nie. Myślę, że ich należałoby spytać, jak im się ze mną pracuje. Ja ogólnie jestem straszna: krzyczę, bluźnię, denerwuję się, trzaskam drzwiami, wychodzę. Potem wracam, przepraszam, płaczę. Niekiedy zachowuję się dziwacznie, ale oni mi to wybaczają. Nawet jak się rozstajemy na wakacje, to i tak w tym czasie potrafimy spotykać się prywatnie. I wtedy mi mówią: „kto będzie teraz na nas przez dwa miesiące krzyczał”.

 

Jesteś tak samo impulsywna, pracując jako aktorka w Teatrze Nowym?

 

W pracy nie. Mam taką zasadę, że kiedy zaczyna się nowa produkcja, przyjmuję ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Z pełnym zaufaniem podchodzę do kolegów z zespołu, do reżysera, scenografa i reszty realizatorów. I to czas potem weryfikuje, na ile to moje zaufanie zostało nadwyrężone, a na ile pozostaje w stanie niezmiennym. Rzucam się w próby i podejmuję naukę. Jestem kinestetykiem, energetycznym człowiekiem. Nie lubię spokoju zbyt długo. Nie chodzi oczywiście o robienie fermentu, ale jak mam z czym walczyć – choćby z samą sobą lub z materią tekstu albo z realizacją sceniczną w ogóle – to nabieram energii i bardzo mnie to cieszy.

 

Zdarzało Ci się buntować do tego stopnia, że nie chciałaś zagrać w jakimś przedstawieniu albo danej roli, bo widziałaś ją inaczej?

 

Nie. Jest parę fajnych sposobów na opornych reżyserów.

 

Jakie to sposoby?

 

(Śmiech). Jeśli reżyser proponuje rozwiązanie, które dla mnie jest nie do przyjęcia, to bardzo szybko w głowie wymyślam swoje. Następnego dnia przychodzę na próbę, nie rozmawiam o tym, tylko to robię. Jak jest „stop, stop, stop, miało być inaczej”, to mówię: „jak to inaczej? Przecież rozmawialiśmy o tym, że właśnie tak to pan/pani widzi”. „Tak? Naprawdę?”. Ja mówię: „no tak, przecież dokładnie realizuję to zadanie, o które mnie poproszono”. „No tak, rzeczywiście, a pokaż to jeszcze raz. No tak, nie jest źle, nie jest źle”.

 

Jak układa się współpraca przy najnowszym spektaklem Karzeł, Down i inne żywioły w reż. Wiktora Rubina?

 

Mam taki problem, że bardzo zakochuję się w ludziach, z którymi pracuję. Bardzo zależy mi na tym, żeby oprócz wykonywania zawodu i pracy nad rolą, poznawać jeszcze ludzi. Tak zwyczajnie, po prostu zwykłych ludzi. Strasznie lubię swoich kolegów. To bardzo ważne, bo dzięki naszej przyjaźni czuję komfort i psychiczny spokój w czasie pracy.

Co do spektaklu, to moja rola polega na bieganiu przez cały czas na bieżni, gonieniu świętości poprzez wyzbycie się własnej cielesności, zwyciężeniu własnego ciała na korzyść duszy. To wyzwanie performatywne. Ja nie udaję tego, że biegnę. Ja naprawdę się pocę, naprawdę się męczę. I to jest dla mnie świetne doświadczenie. Mówię o swojej roli, ale poszukiwanie świętości dotyczy wszystkich postaci. Każda z nich poszukuje albo odrzuca sacrum. Nie chodzi o świętość w znaczeniu religijno-instytucjonalnym. To świętość indywidualna. Temat nie jest przypadkowy, ponieważ przygotowaliśmy ten spektakl na Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia w Krakowie, gdzie tematem przewodnim jest religia i wiara. Karzeł nie jest łatwym spektaklem. Widz powinien się nieco przestawić i nie traktować go jako widowiska, na którym będzie mógł się zrelaksować i odpocząć. W Karle wymaga się od niego większej uwagi i większej czujności, koncentracji nad tym, co dzieje się na scenie. A dzieje się dużo. Jest wiele symultanicznych akcji. Tekst jest trudny – w sensie stylistycznym. Trzeba naprawdę się skupić, żeby z tego przestawienia coś wynieść. Nawet nam było trudno się było odnaleźć kiedy czytaliśmy pierwszy, drugi raz tę sztukę. Ale im więcej prób, tym więcej zrozumienia i coraz bardziej nam się ta sztuka zaczęła podobać.

 

Twoja rola w Karle wymaga dużej sprawności fizycznej…

 

Mój mąż żartuje, że jestem mięśniakiem (śmiech). Wysiłek fizyczny mnie relaksuje i odpręża. Dzięki niemu pozbywam się złych myśli. Nie ma problemu żebym przebiegła dwadzieścia kilometrów, czy przepłynęła pięć albo długo jeździła na rowerze. Wiktor Rubin orientował się, która z aktorek dałaby radę biec na bieżni przez prawie cały spektakl. I podejrzewam, że nie moje aktorstwo na dzień dobry zadecydowało o dostaniu tej roli u niego, tylko to, że uprawiam sport (śmiech). Ale myślę, że nie zawiodę go pod kątem zawodowym i zaskoczę go nie tylko sprawnością fizyczną.

 

Do tej pory nie zawodziłaś. Mam teraz przed oczami Twoje bardzo wyraziste role w spektaklach  Kto nie ma, nie płaci, Święta Joanna szlachtuzów, Kokolobolo. Kreujesz postaci autentyczne, za którymi podąża się wzrokiem przez cały spektakl. A czy ty sama masz swoją ulubioną rolę, taką, którą uważasz za najlepszą?

 

Nie mam takiej roli, bo mam piekielnie dużo szczęścia. Ostatnio analizowałam swoje role i doszłam do wniosku, że ani ja sama, ani nikt inny na szczęście nie zaszufladkował mnie w żaden sposób. W Mayday’u gram półinteligentką blondynkę, w Kokolobolo rozbrykaną kurewkę, a w Karle wbijam się w dres i biegam. Każda kolejna propozycja to kompletnie nowy teatr i ludzie, dlatego trudno mi powiedzieć, która rola jest najfajniejsza i która mi się najbardziej podobała. Każda jest tak zupełnie inna, że trudno mi je porównywać.

 

A może zagrałaś rolę, która najbardziej oddawała ciebie jako prywatną osobę? Wolisz role bliższe tobie, czy raczej zrzucasz swą osobowość i tworzysz całkowicie nową postać?

 

Zrzucić to się nie do końca da. Rola polega nie na zrzucaniu, ale na pogłębianiu tego, czym się dysponuje oraz na odrzucaniu nadmiaru. Zmienia się procentowość. Załóżmy, że w życiu jestem spokojnym człowiekiem, a rola wymaga dużej ekspresji. Wtedy podciągam ekspresję własną, a rezygnuję ze słabości czy ze spokoju.

 

A czy masz rolę, którą chciałabyś zagrać?

 

Tak! Chciałabym zagrać Martę w Kto się boi Wirginii Woolf?. Chociaż strasznie się tego boję. Mam takie poczucie, że jej osobowość jest mocno zbliżona do mojej. Może tak tego nie ujawniam, natomiast czuję, że to by była rola, którą bardzo chciałabym zagrać. Widziałabym ten dramat jako monodram, ale to wymaga ponownego napisania tekstu. Przekształcenia go wraz z dopisaniem innych tekstów Albeego lub fragmentów, których nie ma w tekście sztuki.

 

Skoro masz reżyserskie doświadczenie, to może mogłabyś podjąć się reżyserii tej sztuki?

 

Nie byłabym w stanie wyreżyserować samej siebie. Potrzebuję oka z widowni. Inaczej nie mogę złapać odpowiedniego dystansu do tego, co robię na scenie. Czasem grającemu wydaje się, że coś dobrze wygląda na scenie, ale z perspektywy widowni ogląd jest zupełnie inny. Lepiej zaufać komuś, kto patrzy z boku, bo to się za każdym razem sprawdza.

 

W teatrze aktor nie może zweryfikować swojej roli, w filmie już bardziej. Niestety już po czasie. Myślałaś o tym, żeby grać w filmach, czy jednak teatr jest tą jedyną ważną dla ciebie materią?

 

Jestem strasznie niefotogeniczna. Mam ogromny stres przed castingami. Dostaję histerycznego śmiechu, nawet jeśli tylko mam powiedzieć: „dzień dobry, nazywam się Kasia Żuk”. Film nie za bardzo mnie kręci, chociaż… nie obrażę się (śmiech).

 

Na koniec powiedz nam swoje przesłanie dla ludzkości.

 

Ludzie! Chodźcie do teatru. Bo tu jest cudownie, wspaniale, nowy świat, magia. Można oderwać się od rzeczywistości. Można popłakać się i można się pośmiać. Po to jesteśmy, my aktorzy, aby Was wzruszać. Dziękuję bardzo.

 

Dziękuję.

 

Podstrona aktorki