o teatrze

Kamila Salwerowicz

sylwetka lutego 2013

Kamila Salwerowicz, fot. Janusz Szymański 

 

Kiedy dzieci się cieszą, to chciałoby się utrzymać ich energię albo sprawić, żeby cieszyły się jeszcze bardziej. Ich łobuzerstwo świadczy o dobrej zabawie i to jest miłe dla nas aktorów. Ale czasem łatwo przesadzić z podkręcaniem swojej gry. Bardzo nie lubię, kiedy widownia wchłania aktora, a tak często się dzieje w komediach. Kiedy widzisz, że widownia się śmieje, to chcesz, żeby śmiała się jeszcze bardziej. Ale jak za bardzo podkręcisz, to przestaje być śmiesznie, dlatego nie można przeginać.

 

 

Agnieszka Cytacka: Skąd wziął się u ciebie pomysł na aktorstwo? Czy teatr był tym miejscem, w którym od dziecka chciałaś pracować?

 

Kamila Salwerowicz: Było nieco inaczej. W życiu chciałam zająć się muzyką, ale w pewnym momencie moja dłoń uległa kontuzji i okazało się, że nie mogę już grać, że nie będę świetnym instrumentalistą. Pomyślałam wtedy, że skoro nie mogę zająć się muzyką, to nie mogę robić niczego innego poza tym, żeby być sobą.

 

Czyli potrzeba doskonałości zadecydowała o twoim losie. Czy w aktorstwie można być doskonałym?

 

W aktorstwie – w przeciwieństwie do muzyki – jest ten problem, że nie da się obiektywnie ocenić tego, czy coś jest dobre. Nie wiem, czy to co robię, jest dobre, bo niby skąd mam wiedzieć? Grając w teatrze na scenie, nie ma mnie na widowni, nie widzę siebie. W filmie jest możliwość zobaczenia efektu i ocenienia go. Chociaż oczywiście nadal oglądasz siebie i w gruncie rzeczy nie możesz zdystansować się do własnej osoby. W muzyce sprawa jest prosta – słyszysz. I albo grasz dobrze, albo grasz źle. Wszystko jest jasne. W aktorstwie nikt do końca nie ma prawa ocenić, czy jesteś dobry czy zły. Oczywiście jednym może się twoja gra podobać, a innym nie, ale rzecz gustu jest zbyt relatywna.

 

To, jak grasz, przekłada się na reakcję publiczności. To ona ocenia i z jej reakcji możesz wiedzieć, czy grasz dobrze czy źle. Tak jest w twoim przypadku?

 

Bardzo często mylą mnie te odczucia. Zazwyczaj jest tak, że kiedy wydaje mi się, że było świetnie, ktoś mówi, że było kiepsko, że coś poszło nie tak, że coś popsuliśmy etc. Albo na odwrót.

 

Kto to ocenia? Publiczność czy koledzy i reżyser?

 

Koledzy, z którymi gram. Widownia to zupełnie inna bajka. Często w głowie mi się nie mieści, jak widzowie oceniają pewne rzeczy. Wielokrotnie mam zupełnie inne zdanie. Czasem zapraszam moich znajomych, którzy nie są związani z teatrem (więc chyba są tymi najcenniejszymi widzami) i naprawdę jestem zszokowana tym, jak oni odbierają moją grę i przedstawienie w ogóle. Ale bardzo często mile mnie zaskakują swoimi komentarzami.

 

Czy pod wpływem widowni zmieniasz sposób gry? Chyba najwięcej pokus może czekać cię, kiedy wcielasz się w Pippi. Dziecięca publiczność to istny żywioł i bardzo spontanicznie reaguje na to, co widzi na scenie.

 

Staram się temu nie poddawać. Wiadomo, że kiedy dzieci się cieszą, to chciałoby się utrzymać ich energię albo sprawić, żeby cieszyły się jeszcze bardziej. Ich łobuzerstwo świadczy o dobrej zabawie i to jest miłe dla nas aktorów. Ale czasem łatwo przesadzić z podkręcaniem swojej gry. Bardzo nie lubię, kiedy widownia wchłania aktora, a tak często się dzieje w komediach. Kiedy widzisz, że widownia się śmieje, to chcesz, żeby śmiała się jeszcze bardziej. Ale jak za bardzo podkręcisz, to przestaje być śmiesznie, dlatego nie można przeginać. Widownia na pewno ma ogromny wpływ na aktora i często poddajemy się jej zachciankom, dając jej to, czego pragnie. Staram się kontrolować.

 

Wolisz grać przed dorosłą czy przed dziecięcą publicznością?

 

To nie jest istotą. Najważniejsze jest to, czy spektakl jest świetny i czy ja się w nim dobrze czuję.

 

W których spektaklach Teatru Nowego dobrze się czujesz?

 

Przede wszystkim w Pippi Långstrump. A na ten spektakl przecież przychodzą głównie dzieci, więc może widownia ma znaczenie (śmiech). Dzieci uwielbiają Pippi i naprawdę za każdym razem jest świetnie. Ta rola spokojnie zalicza się do moich ulubionych. Dobrze się czuję również w Hotelu Savoy, na który z kolei przychodzi dorosła publiczność. W Hotelu trudno mówić o rolach. To są raczej malutkie zadania aktorskie. Bardzo też lubiłam swoją rolę w Kacu Michała Walczaka. A dobrze się czuję wtedy, kiedy wiem, że gram w dobrym spektaklu i że jestem częścią czegoś, co ma sens. Jeśli w spektaklu coś nie gra, to czuję się w nim źle i niewygodnie, wychodzę na scenę i słowa nie chcą przejść mi przez gardło. Wtedy muszę bardzo mocno się starać, żeby wszystko było prawdziwe. Ja po prostu muszę uwierzyć w to, co robię. Kiedy staram się w coś uwierzyć, to znaczy, że spektakl dla mnie nie jest doskonały. Oczywiście nie zmienia to faktu, że dla innych może być dobry. W przypadku Hotelu Savoy i Pippi ja czuję, że to działa. Rozumiesz? (śmiech).

 

Tak. Myślę, że rozumiem (śmiech). Jako aktorka stoisz na pierwszej linii ognia, jesteś osobą, która bezpośrednio odczuwa reakcję publiczności. Kiedy coś idzie nie tak, nie możesz schować się za kurtyną jak chociażby reżyser czy inni twórcy spektaklu. Za każdym razem musisz stawać na deskach i stawiać czoła widzom. Jeśli nie wierzysz w przedstawienie, to ta konfrontacja może być bolesna. A czy wchodzisz w dyskusję z twórcami przedstawienia, jeśli coś cię w nim uwiera?

 

Wchodzę w dyskusję. Ale niektórzy reżyserzy nie chcą dyskutować i robią po swojemu. Kiedy się z czymś nie zgadzam, to nawet potrafię być nieznośna i strasznie się wtedy kłócę.

 

Jaki jest wtedy skutek dla twojej roli?

 

Czasami uda mi się coś wywalczyć, a czasami nie i wtedy muszę robić coś wbrew sobie.

 

Grasz nie tylko w teatrze. Czasami występujesz również przed kamerą. Czym różnią się od siebie te dwa rodzaje aktorstwa?

 

Wszystkim. Chociaż tak naprawdę są role, które przychodzą łatwo i takie, z którymi trzeba się trochę pomęczyć. Dokładnie tak samo jest na deskach teatralnych i przed kamerą. Czasem czuję się bardzo swobodnie, a czasem nie.

 

Tylko że przed kamerą wysiłek jest jednorazowy…

 

Właśnie. W teatrze masz ten komfort, że wszystko jest przećwiczone. Do tego stopnia, że rola wchłania się w twoje ciało. Na deskach za każdym razem są problemy innego rodzaju. W filmie musisz zafiksować się na ten jeden moment, dokładnie wtedy, kiedy jest ujęcie.

 

Wchodzisz w rolę tak mocno, że odczuwasz ją potem w życiu prywatnym, czy raczej starasz się oddzielać obie te sfery?

 

Z całej siły staram się je oddzielać, ale nie ma takiej możliwości. Zawsze trochę zostaje we mnie z postaci, którą gram. Przecież przez dwa miesiące pracuje się z jakąś grupą ludzi, wszyscy dyskutują i wdrażają się w jakiś jeden temat i to siłą rzeczy powoduje, że na jakiś czas każdy z nas się zmienia. Przy tak intensywnej i długotrwałej pracy to nieuniknione.

 

Łatwo jest grać w kilku różnych spektaklach w miesiącu?

 

To nie jest tak, że twoja rola to jesteś tylko ty. Twoją rolę tworzą również twoi koledzy – cały zespół. W ogóle cały spektakl tworzy twoją rolę. Ona nie istnieje bez tego wszystkiego. W spektaklu nie funkcjonujesz samodzielnie, dlatego łatwo jest przechodzić z roli do roli. Zmienia się tylko światy. Dziś jestem w jednym świecie i przyjmuję jego zasady, jutro jestem w innym i gram na jego prawach.

 

W jaki świat teraz wchodzisz? Jaka będzie twoja następna rola?

 

Będę grała krowę (śmiech) w Doktorze Dolittle. Ale to dopiero... za parę miesięcy.

 

Podstrona aktorki