o teatrze

Gracjan Kielar

sylwetka kwietnia 2013

Gracjan Kielar, fot. Bartłomiej Sowa 

 

Młodzi aktorzy przypominają o podstawowych prawdach – o zapale i pasji. W każdej sztuce to jest ważne. Tak więc życzyłbym sobie aby – tak jak zdarzyło mi się to w naszym teatrze – spotykać wiele osób, którymi jestem zafascynowany. Uwielbiam patrzeć, jak grają, uwielbiam z nimi próbować. W Teatrze Nowym mamy taki tygiel talentów i zapału, że wcześniej czy później masa krytyczna musi zostać przekroczona i nastąpi wielki wybuch (śmiech).

 

 

Agnieszka Cytacka: Jesteś aktorem zaangażowanym w życie teatralne, interesujesz się tym, co dzieje się wokół teatru, czytasz o nowościach, śledzisz spektakle, odwiedzając różne teatry w Polsce, czy raczej skupiasz się na swoich własnych?

 

Gracjan Kielar: Jeśli tylko jest taka możliwość, oczywiście staram się śledzić to, co dzieje się  poza naszym teatrem.  Ze względu na obowiązki zawodowe i rodzinne, rzadko wyjeżdżam, ale w miarę moich  możliwości staram się uczestniczyć w łódzkich wydarzeniach. Chociażby na Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych czy Łódź Czterech Kultur do Łodzi sprowadzane są przeróżne spektakle z całej Polski. Podczas tych imprez można zobaczyć naprawdę wiele ciekawych przedstawień nie tylko ze stolicy. Daje to pewien obraz kierunków, w jakich podąża współczesny teatr, jak rozwija się dramaturgia i czego poszukują reżyserzy i aktorzy.

 

Portale i pisma teatralne, audycje radiowe i programy telewizyjne o teatrze – materiałów z branży teatralnej jest naprawdę sporo. Czy aktorów zajmują spory prowadzone przez krytyków i teoretyków teatru? Czy Ciebie one zajmują?

 

Często przysłuchuję się takim dyskusjom w programach na TVP Kultura. Lubię posłuchać, jak na ważkie teatralne tematy wypowiadają się kompetentne osoby.  To ich zadaniem jest nazywanie danych zjawisk. Osobiście nie ośmieliłbym się nazywać czegokolwiek. To nie jest moje zadanie. Ja skupiam się jedynie na własnych odczuciach, nie jestem w stanie ich precyzować, określać, szufladkować, przypisywać do jakichkolwiek kategorii. 

 

Czy wiedza, którą zdobywasz podczas kontaktu z dziełami reżyserów innych niż tych, z którymi sam współpracujesz, wpływa na Twoje granie?

 

Oczywiście. Kontakt z teatrem z pozycji widza, rozwija aktora. Pozwala mu zobaczyć dany problem z innej strony. Nagle okazuje się, że jakieś proste wyjście, które w życiu nie przyszłoby mi do głowy, bardzo skutecznie działa na scenie i silnie przenosi się na drugą stronę.  Za każdym razem coś odkrywam, za każdym razem coś mnie zaskakuje i za każdym razem pytam: „Dlaczego sam nigdy na to nie wpadłem?”.

 

Które z tych odkryć przenosisz na swoje role?

 

Nie wszystko da się przenieść. Część rozwiązań przypisana jest indywidualnie do poszczególnych aktorów. Pewnych rzeczy nie jesteśmy w stanie skopiować, natomiast niektóre schematy da się zastosować u siebie przy własnej fizyczności, temperamencie, sposobie przeżywania i przeprowadzania emocji podczas pracy nad kolejną rolą.

 

Kiedy aktor może powiedzieć, że jest spełniony?

 

Na szczęście nigdy. Przynajmniej ja tak czuję, że aktorstwo to wieczne poszukiwanie. Rzecz nie w tym, żeby coś osiągnąć, ale w tym, żeby cały czas do tego dążyć.

 

Do czego Ty dążysz?

 

Istnieją takie momenty, kiedy czuję, że to, co robię, przenosi się na drugą stronę, że widownia podąża za mną. To jest poczucie takiej jedności, że wraz z twoimi emocjami kilkaset czy kilkadziesiąt osób przeżywa coś wspólnie, czy po prostu podobnie czuje. Chyba to jest celem teatru – wywoływanie reakcji, emocji, przeżycia czegoś przez osobę, która ma z nim kontakt. A czy są to pozytywne czy negatywne emocje... różnie bywa.

 

Jednoczenie jest istotą sztuki, chociaż w teatrze – poprzez bliskość i współobecność – czuć to nadzwyczaj wyraźnie. Czy ta myśl towarzyszyła ci, kiedy pomyślałeś o szkole aktorskiej?

 

Nie. Ja potrzebowałem na to czasu. Być może są osoby od początku w pełni świadome. W moim przypadku było tak, że do rozumienia, czym dla mnie jest ten zawód, zbliżyłem się po zagraniu kilkudziesięciu ról, po pracy z kilkudziesięcioma osobami, które otwierały mi oczy, wyostrzały mój obraz świata, rozszerzały moje horyzonty. Spotkanie z każdą kolejną osobą to uczenie się nie tylko samego rzemiosła, nie tylko wrażliwości czy sposobu postrzegania sztuki, ale także ogólnie życia.

 

Które z dotychczasowych spotkań wywarło na tobie największe wrażenie, może piętno? Które zostało w tobie najgłębiej?

 

Wszystkie spotkania jakoś na mnie oddziałują, coś we mnie zmieniają. Trudno mi je stopniować. Zanim zacząłem pracę w Teatrze Nowym, na pewno wiele nauczyłem się podczas pracy z Adamem Hanuszkiewiczem, czy Waldemarem Śmigasiewiczem. W Teatrze Nowym dużo dla mnie znaczyło spotkanie z Norbertem Rakowskim, a ostatnio z Jackiem Głombem.  Teraz ekscytująca jest dla mnie praca nad Antygoną z Marcinem Liberem. Jego świat jest zupełnie inny niż ten, z którym spotykam się na co dzień, więc wchodzę do niego z absolutną ciekawością. Dla mnie to jest zupełnie coś innego i nowego. Jakbym  nagle znalazł się w nie swojej lodówce.  Rozglądam się po półkach sięgam po produkty i próbuję poznać ich smaki. Niektóre są dziwnie znajome a inne całkiem nowe i zaskakujące. Uczę się tego i próbuję znaleźć w tym świecie swoje miejsce. Po każdym takim spotkaniu w mojej osobistej lodówce na stałe już zostaje kilka nowych rzeczy.

 

Czego możemy spodziewać się po inscenizacji Antygony w reż. Marcina Libera i jego wyobraźni?

 

Dla mnie najciekawsze  jest to, że jeszcze nie wiem. Marcin Liber oczywiście przedstawił swoje założenia, ale najwięcej zdarza się podczas samej pracy. Są tacy reżyserzy, którzy od razu wiedzą, że ta postać będzie taka, ta taka, a tamta taka, od razu widzą pełny kształt przedstawienia. Liber pracuje inaczej. Oczywiście ma swoje przemyślenia i wie, jak mogłoby to wyglądać, ale cały czas jest ciekawy, jak w tym świecie, który on nakreśli, zaczną „żyć” aktorzy. Jest otwarty na wszelkiego typu uzupełnienia tego świata, dodawanie nowych kolorów, wprowadzanie czegoś, na co nie wpadł, co  może nie przyszło do głowy. Ja również jestem bardzo otwartym aktorem. Nie uważam, że teatr powinien mieć jakąkolwiek  jedną określoną formę, że ma być ona skończona i nie można od niej odchodzić na boki. Uważam, że im więcej odchodzi się na boki, tym szerszy jest rdzeń, w którym porusza się wyobraźnia, tym szersza jest droga, którą można się śmiało poruszać. Teatr nie musi być logicznym ciągiem akcji i reakcji. Tutaj dwa razy dwa nie zawsze równa się cztery. Czasem się równa osiem i to bardzo dobrze, że równa się osiem, a nie cztery. Wręcz częściej szukamy takich rozwiązań, żeby za każdym razem wynik nie wynosił cztery.

 

Kiedy otwierasz nową lodówkę…

 

Lubię to. Przez dziesięć lat jeździłem po Polsce, grając gościnnie w różnych teatrach. Jest coś uzależniającego w tej adrenalinie spotykania nowych ludzi, z różnymi wrażliwościami, życiorysami. No i oczywiście „lodówkami”. Dzięki zmianom łatwiej uniknąć rutyny. Właśnie to lubię w naszym Teatrze Nowym. Mamy w repertuarze Mayday i I IFIGENIĘ, Kokolobolo i Hotel Savoy. Nie muszę już jeździć po całej Polsce żeby spotykać się z różnymi konwencjami i językami teatru. Nasi aktorzy bez przerwy dostają zróżnicowane, odmienne zadania do wykonania i to przynosi niesamowite efekty w ich rozwoju.

 

A jak w tej lodówce nie ma twojego ulubionego sosu?

 

To próbuję coś upichcić z tego, co jest. Poznaję nowe smaki, które kryją się w każdej innej lodówce. W ogóle w życiu lubię poznawać nowe smaki. Kompletnie nowe, takie, jakich jeszcze nigdy nie próbowałem. Czasem zdarzy się mi się coś kompletnie popsuć, bo tak bardzo próbuję zrobić coś nowego. Potem to jest nie do zjedzenia i nawet mnie samemu nie może to przejść przez gardło i trzeba to wyrzucić. Ale ta chęć poszukania czegoś nowego jest we mnie bardzo mocna.

 

Czy masz swoje ulubione typy roli? W Nowym grasz w przeróżnych spektaklach, a Twoje role bardzo się od siebie różnią. Czy masz jakąś swoją aktorską enklawę, w której czujesz się jak we własnej skórze?

 

Pewnie są takie elementy, które w moim mniemaniu łatwiej mi przychodzą. Natomiast to, że coś wydaje mi się łatwiejsze, nie zawsze owocuje lepszym efektem. Im dłużej pracuję, tym lepiej widzę, że nie. Wydawało mi się kiedyś, że są takie elementy, które łatwiej mi przychodzą i mogę je bez problemu zagrać. Z czasem jednak uświadamiam sobie, że w coraz to nowych obszarach mogę odkrywać, czy realizować jakieś emocje, o które nigdy się nie podejrzewałem. Bardziej czekam po prostu. Szukam, czekam.

 

Zawsze nurtuje mnie zależność między reżyserem i aktorem. Czy jako aktor poddajesz się reżyserowi, czy wpływasz na jego pracę?

 

Bywały pojedyncze przypadki, kiedy widziałem, że z drugiej strony nie ma żadnego świata, do którego mogę wkroczyć. Ale to pomińmy. Najczęściej staram się wejść w pewien świat i zobaczyć, jak w tym świecie, w którym żyje reżyser, mógłbym egzystować ja. Co dla mnie jest tam fajnego, co mógłbym tam odnaleźć, jak mógłbym jeszcze odkryć nowe kawałki w sobie w tych okolicznościach, które mi nakreślił, nawet jeżeli one są niewygodne. Mam na tyle dużo doświadczeń, że doceniam niewygodę, że im bardziej coś jest niewygodne, tym częściej bywają potem nieoczekiwane, zaskakujące efekty. Czasem dobre, czasem złe. Ale tym więcej się uczę, im więcej przeszkód napotykam.

 

Co sprowadziło Cię do Łodzi?

 

Rodzina (westchnienie i śmiech). Skoro założyłem rodzinę, to nie mogę już jeździć od miasta do miasta. Początkowo z Łodzi zacząłem wyjeżdżać do różnych miejsc. To było bardzo uciążliwe. Wyjeżdżałem w poniedziałek i wracałem w sobotę wieczorem. Ale to już skończone, nie ma o czym mówić.

 

Czy teatry w Polsce różnią się od siebie, czy w gruncie rzeczy praca w każdej instytucji jest podobna?

 

Są elementy podobne i są elementy zupełnie różne. Agnieszka Holland w Aktorach prowincjonalnych bardzo dobrze nas, aktorów, uchwyciła. I to od lat się nie zmienia. Tacy już jesteśmy. Każde miasto ma swoją specyfikę. To po prostu zależy od ludzi, którzy tam są. Zależy również od tego, ile osób z zewnątrz do nich dociera i czy są jak miasto nadmorskie, typu Gdańsk, gdzie cały czas ludność różnych kolorów i różnych religii przyjeżdżała i gdzie cały czas mieszkańcy mają kontakt z zewnętrznością, czy są kochanym, ale zamkniętym miasteczkiem, typu Łańcut (śmiech), z którego pochodzę.

 

Czy aktorzy marzą o pracy w konkretnym teatrze? Skąd się bierze taka potrzeba?

 

Tak. Już o tym kiedyś mówiłem. Po obejrzeniu Made in Poland tak sobie pomyśleliśmy z kolegą: „a może by tak pierdolnąć to wszystko i pojechać do Legnicy…” (śmiech). Istnieją takie zespoły, które wzajemnie nakręcają się w pozytywny sposób. Czyli starsi koledzy pilnują młodszych. Wytwarza się zależność uczeń-mistrz. Każdy zawsze pracuje na dwieście procent i to się staje normą, czymś zwyczajnym. Taki przypadek zdarzył się u Jacka Głomba w Legnicy. Aktorzy wykuci w takiej kuźni są artystami kompletnymi. Coraz częściej widać ich i w Teatrze Telewizji, i filmach. Gdziekolwiek nie pójdą, wszędzie się sprawdzają.

 

Grasz poza sceną?

 

Epizodyczne rólki. Nie mam teraz czasu, żeby pojeździć na castingi i postarać się o role. A bez zabiegania o role, raczej się ich nie dostaje. Seriale kręcone w Łodzi są obsadzane kolegami o znanych twarzach. To naturalne. Ktoś wykłada pieniądze, więc chce mieć w obsadzie kogoś rozpoznawalnego, żeby reklamy przynosiły pieniądze.

 

Czego życzyłbyś sobie w swojej pracy zawodowej?

 

Żeby dalej tak, jak do tej pory, było mi dane spotykanie tak wielu ciekawych ludzi. I to bez względu na doświadczenie, wiek. Bo często się zdarza, że dużo się uczę od osób, które dopiero skończyły szkołę i zaczynają pracę. Mają świeże spojrzenie. Tak patrzę się i myślę: „Boże, dlaczego ja to straciłem? Czy ja kiedyś też to miałem? Jak to odnaleźć z powrotem?”. Młodzi aktorzy przypominają o podstawowych prawdach – o zapale i pasji. W każdej sztuce to jest ważne. Tak więc życzyłbym sobie aby – tak jak zdarzyło mi się to w naszym teatrze – spotykać wiele osób, którymi jestem zafascynowany. Uwielbiam patrzeć, jak grają, uwielbiam z nimi próbować. W Teatrze Nowym mamy taki tygiel talentów i zapału, że wcześniej czy później masa krytyczna musi zostać przekroczona i nastąpi wielki wybuch (śmiech).