o teatrze

Delfina Wilkońska

sylwetka października 2013

Delfina Wilkońska, fot. Agnieszka Skrzypczak 

 

Moim największym marzeniem jest granie u Almodovara. Mam nawet pewien plan z tym związany. Powoli dążę do jego zrealizowania. Trzeba walczyć o swoje, więc pojadę do Hiszpanii, zapukam do drzwi Almodovara i będę go męczyć. I kto wie…

 

 

Agnieszka Cytacka: Jakie są marzenia młodej aktorki tuż po szkole teatralnej?

 

Delfina Wilkońska: Dotyczące zawodu na pewno jedno: grać, grać i jeszcze raz grać. Jestem  świeżo po szkole, ale na piątym roku już niewiele robiliśmy. Tak naprawdę przez ostatni rok nie mieszkałam w Łodzi, wróciłam do domu rodzinnego, skupiłam się na napisaniu pracy magisterskiej i jedynym spektaklem, nad którym pracowałam, był Tape. Premiera odbyła się dopiero po Nowym Roku, więc do stycznia, po latach zajęć non stop, nagle nie miałam co ze sobą zrobić. Straszne uczucie. Poczucie pustki i brak wiary w siebie. Może depresja to zbyt duże słowo, ale naprawdę było źle. W takich momentach lekarstwem na frustrację i zniechęcenie może być tylko nowa rola do zagrania, choćby najmniejsza. Teraz, kiedy jestem w Nowym i mam dużo pracy przy kolejnych spektaklach, do szczęścia nie potrzeba mi wiele.

 

Absolwent wychodzi ze szkoły z marzeniami, ale też z pewnymi obawami. Jakie problemy i niebezpieczeństwa czyhają na świeżo upieczonych aktorów?

 

Z pewnością głównym celem po szkole jest znalezienie pracy. Nie jest to łatwe. Trzeba mieć ogromne szczęście, znać odpowiednich ludzi. Myślę, że gdybym nie zrobiła tutaj dyplomu Trzech sióstr, to pewnie nie zrealizowalibyśmy Tape i nie miałabym odwagi poprosić dyrektora Jaskułę o etat.

 

A tak było?

 

Tak. Opowiem o tym, bo jestem z siebie dumna. Cieszę się, że miałam odwagę walczyć o moją przyszłość. Przed wyjazdem do Koszalina na festiwal z Tape usiedliśmy u dyrektora w gabinecie, żeby porozmawiać. Na stoliku leżało CV jakiejś dziewczyny – rocznik 87. Tak popatrzyłam i powiedziałam: „panie dyrektorze, siedzę przed panem tutaj, zna mnie pan, grałam w Nowym w dwóch spektaklach: w Trzech siostrach i w Tape, a jakąś obcą dziewczynę będzie pan zatrudniał?”. Dyrektor na to: „o, Delfino, no nie, tak to nie można rozmawiać, trzeba się ze mną umówić”. „Przecież ciągle się widzimy, ciągle rozmawiamy”. „Nie, nie ciągle, zapisz się przez sekretariat”.Więc poszłam zapisać się do sekretariatu. Okazało się, że najbliższy wolny termin był następnego dnia. Na oficjalnym spotkaniu dyrektor powiedział, że jest opcja – ćwierć etatu i zapytał, czy chcę. Ja na to prawie w ryk: „dziękuję, dziękuję bardzo”. Nie wahałam się ani chwili, kiedy dyrektor dał mi możliwość wyboru. Nawet jeśli to tylko ćwierć etatu. Po prostu dostałam szansę, żeby grać i się rozwijać.

 

Z własną inicjatywą wystąpiłaś również w przypadku przedstawienia Tape?

 

To mój ulubiony spektakl. Podoba mi się tekst, lubię postać, którą gram i ludzi, z którymi w tym przedstawieniu pracuję. To chłopcy ode mnie z roku i reżyser – Aneta Groszyńska, z którą bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Ten spektakl jest zasługą głównie Karola Puciatego i Konrada Łaszewskiego, którzy znaleźli ten tekst i wpadli na pomysł, żeby go zrobić jako zwykły egzamin na drugim roku. Na szczęście wszystko się tak przesuwało, że zrobiliśmy go dopiero po szkole. Dzięki temu od razu mieliśmy do czynienia z teatrem. Karol Puciaty przetłumaczył tekst i chłopcy poprosili mnie, żebym zagrała. To było śmieszne, ponieważ kolejność powstawania spektaklu była odwrotna niż zazwyczaj. Aktorzy dobrali sobie ekipę, odkryli tekst i na koniec znaleźli reżysera.

 

Często dzieje się tak, że spektakle powstają z inicjatywy aktorów?

 

Do niedawna o tym nie wiedziałam, ale wydaje mi się, że teraz ma to miejsce coraz częściej. Trzeba atakować. Jak się chodzi, prosi i nic się nie dzieje, to zamiast się poddawać, trzeba wymyślić coś swojego. Uważam, że nawet łatwiej jest coś zrobić i z gotowym produktem chodzić do teatrów. Zawsze można przyjechać na jakieś spektakle gościnnie i dyrektor może cię zobaczyć w jakiejś roli i wtedy szybciej cię przyjmie.

 

Festiwale, na przykład łódzki Festiwal Szkół Teatralnych, są szansą dla młodych absolwentów na zaistnienie na teatralnej mapie?

 

Oczywiście. Jak dla mnie Festiwal Szkół Teatralnych był pierwszym zetknięciem z reżyserami i aktorami spoza Łodzi. Tak naprawdę w ciągu roku akademickiego nie ma takiej sposobności. Kiedy zapraszaliśmy na  przedstawienia dyplomowe, mało kto chciał do nas przyjeżdżać. Nawet z niedalekiej wydawałoby się Warszawy – najczęściej jednak okazywało się za daleko. Ten festiwal to moment, kiedy wszyscy przyjeżdżają do Łodzi i już samo spotkanie twórców w jednym miejscu i czasie stwarza wiele możliwości. Myślę, że festiwal to świetny pomysł również dlatego, że poznajemy innych ludzi z równoległych lat, co w przyszłości jest bardzo cenne.

 

Powiedziałaś, że tak blisko z Warszawy do Łodzi, a jednak za daleko, żeby reżyserzy chcieli tu częściej przyjeżdżać. Czy Łódź jest miejscem nieco odosobnionym na mapie teatralnej Polski?

 

Niezupełnie. Uważam, że w Łodzi coraz więcej się dzieje. Miasto ma duży potencjał. Do łódzkich teatrów przyjeżdżają reżyserzy z całej Polski. Zarówno ci uznani, jak i debiutanci. Potwierdza się to bardzo dobrze w repertuarze Teatru Nowego.

 

Dlaczego wybrałaś Łódź na swoje studia? To był najbardziej atrakcyjny ośrodek teatralny w Polsce?

 

Łódź jako miejsce do studiowania bardzo mi się podoba, szczególnie Łódzka Szkoła Filmowa. Samo miasto też lubię, ale głównie ze względu na szkołę i na wspomnienia. Jestem z Warszawy, ale w Łódzkiej Szkole Filmowej jest zupełnie niepowtarzalny klimat. Nie chcę oczywiście wypowiadać się negatywnie na temat innych szkół, ale wydaje mi się, że łódzcy studenci są normalni. Nie ma tutaj widzianego gdzie indziej zadęcia.

 

Mam wrażenie, że dotyczy to wszystkich łodzian. Albo raczej atmosfery panującej w tym mieście. O Łodzi mówi się, że jest bardziej życzliwa i pokorna, mniej zadufana i próżna. Z jednej strony można uznać to za komplement, z drugiej jednak może oznaczać to tylko tyle, że łodzianie wstydzą się swojej łódzkości. Ale chyba Łódzka Szkoła Filmowa nie ma się czego wstydzić?

 

Myślę, że nie. Jestem bardzo szczęśliwa, że tutaj jestem. Trafiłam do Łodzi trochę przez przypadek. Widocznie tak musiało być. Tak na marginesie mówiąc, to zaczynam wierzyć w przeznaczenie, w to, że ktoś naszym życiem kieruje. Od razu po liceum zdawałam do szkoły, ale się nie dostałam. Nie przeszłam nawet do drugiego etapu i wydawało mi się, że dostanie się tutaj graniczy z cudem. Ci, którzy się dostali, jawili mi się jako cyborgi, które wszystko potrafią. Postanowiłam więc zająć się moją drugą miłością, czyli językiem hiszpańskim i poszłam na iberystykę. Studiowałam ją dwa lata z dużą satysfakcją. Jednak nie przestałam myśleć o aktorstwie. A zegar bił. Dziewczyna ma mniej czasu, kiedy kończy 21 lat, to dla niej znak, że tego czasu niewiele już zostało. Starszych dziewczyn do szkoły aktorskiej już raczej nie przyjmują. Ponoć szybciej dojrzewają, szybciej są ukształtowane. Wysłałam papiery do różnych szkół. Także dlatego, że mama na mnie naciskała. Nie przystąpiłam jednak do egzaminu ani w Warszawie ani w Krakowie, tylko jeździłam odbierać teczki w tajemnicy przed mamą, mówiąc, że nie przeszłam do następnego etapu. Czułam, że nie jestem w pełni przygotowana, a poza tym na iberystyce było mi bardzo dobrze. Na egzamin do Łodzi pojechałam również w celu odebrania teczki. Mama odprowadziła mnie na pociąg. Sukienka w torebce, wszystko tak, jak zawsze: „powodzenia, dziękuję i trzymaj kciuki”. Spóźniona weszłam na korytarz i poczułam, że to świetne miejsce. Była taka cudowna atmosfera – przyjazna i normalna. W ogóle nie czułam, że odbywa się jakiś egzamin. Może dlatego, że nie miałam zamiaru do niego przystąpić (śmiech). Nagle stwierdziłam, że przecież znam jeden wiersz, jedną prozę – tyle trzeba powiedzieć na pierwszym etapie w Łodzi. Znam, bo kiedyś byłam w kółku teatralnym, potem w teatrze studenckimi. Wleciałam więc spóźniona na egzamin, nie myśląc o niczym i udało się! Chyba fartem, bo nie zdążyłam się bać. Jak ktoś bardzo chce, to się za bardzo spina, stresuje i mu nie wychodzi.

 

To samo o egzaminach do szkoły powiedział Mateusz Janicki. Może aktorem zostaje ten, komu na aktorstwie nie zależy lub ten, komu uda się zdystansować…

 

Gdybym wtedy nie dostała się do PWSFTviT, to i tak pewnie rok później próbowałabym raz jeszcze. Tylko wtedy mogłoby mi już za bardzo zależeć. W każdym razie bardzo się cieszę i uważam, że to najlepsza rzecz, jaka mnie spotkała w życiu. Na razie jestem jeszcze na takim etapie, kiedy strasznie tęsknię za szkołą. Było mi tam tak dobrze. Ale też cieszę się, że jestem w Teatrze Nowym w Łodzi.

 

Z naszej rozmowy wynika, że w życiu i na scenie nie wolno za bardzo się przejmować, trzeba samemu pukać do różnych drzwi i dopraszać się o swoje.

 

Na to wygląda, niestety. Ale mam teraz nowy plan na życie. Chcę się rozwijać i „wizualizować” marzenia. Na przykład takie: niedawno odbył się festiwal w Gdyni. Pomyślałam sobie, że chciałabym tam być, więc za rok pojadę z ciekawości, a może za dwa lata już będę zaproszona.

 

Jakie inne marzenia zamierzać wizualizować?

 

Moim największym marzeniem – na ten temat napisałam pracę magisterską – jest granie u Almodovara. Mam nawet pewien plan z tym związany. Powoli dążę do jego zrealizowania. Najpierw chcę skończyć iberystykę. Teraz z powrotem dostałam się na trzeci rok i nie wiem, jak pogodzę te studia w Warszawie z pracą w teatrze w Łodzi. Ale trzeba walczyć o swoje, więc pojadę do Hiszpanii, zapukam do drzwi Almodovara i będę go męczyć. I kto wie…

 

Kiedyś już jedna Polka pojechała do Madrytu, by napisać pracę magisterską o Pedro Almodovarze. Lilianie Nieśpiał udało się i teraz jest asystentką reżysera.

 

W sumie nie wiem, jakie role miałabym grać w jego filmach.

 

Jesteś kobietą, więc na starcie masz większe szanse. Almodóvar uwielbia kobiety. To dla nich i o nich kręci filmy.

 

Tylko jak stworzy role dla kogoś, kto nie jest Hiszpanem? Jednak mój hiszpański akcent różni się od castellano.

 

Tym lepiej. Im dziwniejsza postać, tym bardziej go inspiruje. Najpierw zapukałaś do drzwi Teatru Nowego, teraz zapukasz do drzwi El Deseo. Nic prostszego.

 

Tak, trzeba schować dumę do kieszeni, bo co się stanie? No właśnie nic się nie stanie. Najwyżej mnie nie weźmie. Moim marzeniem jest granie zarówno w teatrze, jak i w kinie. Mam już małe doświadczenie filmowe i powiem, że strasznie mnie to kręci chociaż castingów nie lubię.

 

Jakie są inne sposoby na otrzymanie roli?

 

Czasem ktoś cię zna i po prostu wie, że to możesz być ty. Wie, jaka jesteś i czego się po tobie spodziewać i czasem nie musisz przechodzić przez te wszystkie etapy castingów. Naprawdę strasznie ich nie lubię. Jednak nie przeszkadzało mi to, kiedy byłam w szkole. Kiedy zdarzył się casting, nie czułam strachu, że mi się nie uda. W końcu studiowałam, więc miałam co robić nawet, gdybym nie wygrała castingu. Z kolei kiedy po skończeniu szkoły szłam na casting, miałam poczucie, że nic nie robię, nie gram i że w sumie zależy mi chyba za bardzo na danej roli. Nie wiem, jaka jest recepta na to wszystko.

 

Zagrałaś już w kilku filmach, między innymi w Pokaż kotku, co masz w środku obok takich aktorów jak Jacek Brasiak, Jan Frycz, Jacek Borusiński, Moja Bohosiewicz. To ważne doświadczenie?

 

Rolę w Pokaż kotku dostałam po drugim roku szkoły. Było to ogromne przeżycie i wspaniałe doświadczenie. Szczególnie dla młodej dziewczyny. Oby takich przygód było coraz więcej.

 

Jesteś najnowszym nabytkiem Teatru Nowego i od razu obsypują cię wieloma rolami. W październiku zagrasz w premierowej Romie i Julianie (reż. Krzysztof Jaroszyński), w widowiskowym Balu w Operze (reż. Daria Anfelli i Lech Raczak) oraz w Kroplach wody na rozpalone kamienie (reż. Jacub Porcari). To całkiem sporo...

 

Tak. Tego ostatniego spektaklu boję się najbardziej. Wchodzę w zastępstwo za Monikę Buchowiec do spektaklu Krople wody na rozpalone kamienie. Poprzeczka jest wysoko podniesiona i nie uniknie się porównań z Moniką. Zastępstwo może być nawet bardziej stresujące niż praca nad rolą, którą przygotowuje się od początku. W przypadku pozostałych przedstawień wszystkie role obsadzone są od początku i nie trzeba się aklimatyzować, zgrywać. Jeśli chodzi o Bal w Operze, ciężko mówić o roli. To dynamiczny tekst, w którym co chwilę coś się zmienia. Nasze postacie są płynne, raz jesteśmy kimś, kto się bawi na balu, raz kimś, kto o nim mówi i patrzy na niego z perspektywy człowieka niezaproszonego. Myślę, że w tym spektaklu najważniejsza jest praca grupowa. Są osoby, które mają więcej tekstu, ale cały czas jesteśmy grupą na scenie. W spektaklu jest bardzo dużo tańca, piosenek, orkiestra gra na żywo. Myślę, że Bal w Operze to bardzo ciężki tekst do zrobienia.

 

Pod względem językowym?

 

Pod względem językowym też. Podziwiam Lecha Raczaka, ponieważ ma na ten trudny tekst jakiś pomysł. Słyszałam, że wyreżyserowanie Balu w Operze było jego marzeniem. Bardzo się cieszę, że jest to pierwszy spektakl, w którym gram w tym teatrze jako etatowa aktorka, ponieważ od razu mogłam spotkać wiele osób. Obsada jest dosyć młoda, jest kilka nowych osób. Poza mną Ola Posielężna, Adam Kupaj – mój przyjaciel z roku, Adam Mortas z roku równoległego, Łukasz Gosławski, który był rok wyżej ode mnie, ale już jest w teatrze nieco dłużej. Udział w tym spektaklu daje nam wszystkim wielką radość. Efekt końcowy zobaczymy już 19 października podczas widowiska w Wytwórni. Kolejny spektakl to czteroosobowa komedia Krzysztofa Jaroszyńskiego Roma i Julian. Gram ja, mój kolega ze szkoły – Konrad Michalak, Elżbieta Zającówna i Olaf Lubaszenko. To komedia podejmująca temat zmiany płci. Sytuacja ma miejsce w klinice seksuologii. Gram dziewczynę, Romę,  która chce być chłopakiem. Kolegą Romy jest Julian, który z kolei chce być dziewczyną. Mam nadzieję, że będzie śmiesznie. Zarówno tekst, jak i sama komedia mogą być potraktowane banalnie. Jednak w komedii przed aktorami zawsze stawia się najwyższe wymagania. Reżyser zaznaczył, że cały czas na uwadze  musimy mieć zasadniczy konflikt, czyli proces zmiany płci, więc nigdy w stu procentach nie jestem dziewczyną albo chłopakiem.

 

Aktorstwo to misja, która pochłania całkowicie?

 

Uważam, że nie. Teraz jestem po szkole i nie wyobrażam sobie nie być aktorką. Gdybym  nie grała, to byłabym nieszczęśliwa. Jednak z drugiej strony to hermetyczne środowisko, a zawód aktora jest tak pochłaniający, że trzeba mieć odskocznię i czasem  od niego odpocząć. Uważam, że to jest tak niepewny zawód, że trzeba mieć coś innego, dlatego chcę skończyć iberystykę. Chcę w życiu umieć coś więcej. Jeśli kiedyś  będę musiała zarabiać w inny sposób, a jest to prawdopodobne, to nie chcę być dzieckiem wyjętym z inkubatora, chcę umieć odnaleźć się w tym świecie. Poza tym uważam, że człowiek, który robi więcej niż jedną rzecz, jest ciekawszy.

 

Ilona Perek: Można powiedzieć, że ciągle wchodzisz w uczucia postaci, które grasz, w ich życie. Czy to jakoś wpływa na ciebie? Wracasz do domu i nadal zastanawiasz się nad tą postacią? Role mają wpływ na twoją psychikę?

 

Jeśli chodzi o zastanawianie się nad postacią, to na pewno tak jest. Nie chcę mówić jak specjalista, bo mam małe doświadczenie, ale są takie role, które wiele kosztują. W swoim dyplomie miałam taką małą rolę. Robiliśmy Roberto Zucco z Małgorzatą Bogajewską, gdzie  byłam matką głównego bohatera. Miałam jedną scenę, ale trudną. Historia jest taka, że główny bohater jest seryjnym mordercą. Zabił mojego męża, swojego ojca i nagle ucieka z więzienia i zabija też mnie. Grając tę rolę, naprawdę musiałam przestać być sobą. Wiele kosztuje także fakt, że trzeba powiedzieć sobie „koniec, muszę się skupić i przygotować do spektaklu”. Zatem jest tak, że rezygnujesz trochę z siebie na rzecz tej drugiej postaci. Zdarzyło się, że w danym  momencie przed spektaklem chciałam się śmiać, bawić ze znajomymi z roku, a już musiałam przygotowywać się do roli. To czasem bywa męczące fizycznie i psychicznie, zwłaszcza, kiedy jest się jeszcze na etapie pracy nad rolą. Wtedy w głowie jest cały czas ta postać. To nawet fascynujące, że idziesz dokądś, robisz coś innego, a tu nagle wpada do głowy jakaś inspiracja, nowy pomysł. Mnie to się podoba, choć wiem, że są też takie role, które ludzie odchorowują. Ja takiej roli jeszcze nie miałam. Grane przeze mnie postacie mają na mnie wpływ, jednak nie jest on długotrwały i strasznie wyniszczający.