o teatrze

Dariusz Kowalski

sylwetka września 2013

Dariusz Kowalski 

 

Teatr jest po to, żeby mówić prawdę o człowieku. Z miłością. Żeby podsuwać mu lustro, ale koniecznie dawać nadzieję. Bez nadziei nie ma życia! No i żeby opowiadać historie, wspaniałe historie, żeby zabierać widza w podróż. Żeby go rozbawić, czasem wzruszyć. Lubię być widzem w teatrze, lubię „zabrać się w podróż” z opowiadaną historią.

 

 

Agnieszka Cytacka: Podobno źle panu z oczu patrzy. A ja w teatrze widzę zawsze przemiłą i uprzejmą osobę. Kim jest Dariusz Kowalski?

 

Dariusz Kowalski: Dobre pytanie do aktora! Gdyby go pani nie zadała, sam musiałbym je sobie postawić.

 

A co z odpowiedzią?

 

O, to zabrzmiało jak kwestia z Małych zbrodni małżeńskich. Tak Gilles zwrócił się do żony, kiedy usłyszał od niej: „rozczulasz mnie, zadając to pytanie”. Zamilkłem na dłuższą chwilę. To pytanie już oczywiście sobie postawiłem. W pewnym wieku to czas najwyższy. I odpowiadać trzeba coraz bardziej serio. Stąd to milczenie – nie znam tekstu na pamięć! Nikt mi nie pisze kwestii, bo tu przecież chodzi o prawdziwy dramat, który dzieje się tu i teraz, bez prób, bez powtórek, o „teatr płacony życiem” – jak to pisał Norwid. Odpowiem więc tak: jestem szczęśliwym człowiekiem! Uważam, że moje miejsce w tym scenariuszu nie jest przypadkowe, że Ktoś ten rozdział otworzył specjalnie dla mnie, dając mi wolność w wypełnianiu go treścią. I kiedy patrzę na rzeczywistość wokół mnie, na te wszystkie szanse kochania, kiedy widzę, że mam wokół siebie wspaniałych ludzi, rodzinę, którą kocham, że jestem mężem i ojcem, że mam przyjaciół i że robię w życiu to, co chciałem robić i to, co lubię, a poza tym, że znam odpowiedź również na dwa pozostałe z trzech podstawowych pytań, czyli wiem, skąd przyszedłem i dokąd idę,  mówię: Dariusz Kowalski to szczęśliwy człowiek!

 

W jednym z wywiadów powiedział pan, że „ktoś, kto chce czytać innym Słowo Boże, musi mieć świadomość, że ani jedno słowo nie może upaść na ziemię”. Jak jest w przypadku Słowa w teatrze? Czy zdarza się panu upuścić Słowo na deski?

 

Moja miłość do teatru, do sceny wzięła się poniekąd z miłości do poezji, z fascynacji słowem. Byłem zapalonym recytatorem. Można więc powiedzieć, że „na początku było Słowo” – jak mówi Biblia. Zresztą ona mówi, że Słowo było na początku wszystkiego! Mówi wprost o sprawczej mocy Słowa. „Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało”. To dla mnie jeden z najpiękniejszych i najważniejszych jej fragmentów. Hinduiści i buddyści mówią o pierwotnej wibracji wszechświata, świętym dźwięku, który wprawił wszystko w ruch. Biblia mówi o Odwiecznym, stwarzającym Słowie („Bogiem było Słowo”), o Słowie (gr. Logos), które stało się Ciałem. Przecież to jest „kultura żywego słowa” w najczystszej postaci! A chociaż teatr to oczywiście nie tylko i nie zawsze słowo, które jest wypowiadane,  to jednak spektakl zawsze jest  historią, którą ktoś wcześniej zapisał lub opowiedział. I właśnie w teatrze słowo przybiera konkretne kształty:  jest „zamieniane w ciało”, kreuje sceniczną rzeczywistość. A to wiąże się z odpowiedzialnością za przekaz, za jego treść i formę. Za to, żeby widz, który wybrał się do teatru i zapłacił za bilet, nie żałował tego kroku. Za kompozycję całości odpowiada reżyser, a aktor, jako jeden z instrumentów, odpowiada za to, żeby nie wydawać fałszywych dźwięków. „Dostrajamy się” na próbach, ale kiedy kurtyna idzie w górę, dźwięk musi być czysty i klarowny. Muszę pilnować, żeby żadne wypowiadanesłowo nie „upadło na deski”, żeby każdy sens dotarł, żeby nie wypowiadać „pustych” słów, takich, których znaczenia nie rozumiem. Czy staram się dostatecznie, mogą osądzić widzowie. Ta sama odpowiedzialność obowiązuje każdego, kto chce innym przekazywać coś publicznie. Kiedyś pewien znajomy Dominikanin zaprosił mnie jako aktora, więc „fachowca od słowa”, na spotkanie z młodymi kandydatami na lektorów, czyli tych, którzy mają innym czytać Biblię. Co można zrobić przez półtorej godziny? Wziąłem ze sobą instrukcję obsługi zmywarki i kazałem jednemu z chłopców czytać, po chwili przerwałem i poprosiłem, żeby pozostali opowiedzieli, co trzeba robić z tą zmywarką. Nie bardzo potrafili, bo kolega czytał niewyraźnie. Poprosiłem, żeby czytał raz jeszcze i wtedy zaczęli mu przerywać, wołać: „wolniej, głośniej!”. To było jedyne, co mogłem zrobić – uświadomić im, że kiedy czytają innym Biblię, która jest Żywym Słowem Bożym, wszystko musi dotrzeć, nic nie może „upaść na ziemię”, bo dla tych, którzy chcą słuchać, to przecież jest instrukcja obsługi życia. Kazimierz Dejmek każde omówienie po próbie rozpoczynał od uwag dykcyjnych. „Dlaczego mówisz puk, skoro w tekście jest: Bóg?” – wołał.

 

Skoro wywołał pan ducha Kazimierza Dejmka, proszę o nim trochę opowiedzieć. O Dejmku, nie jego duchu. Chyba że ten się panu jakoś objawia w obecnym życiu. Może przemawia do pana, gdy pan gra i wówczas tubalny głos woła: „dykcja!”.

 

Albo: „jak trzymasz tę nogę!”. Albo: „nie zagrasz tego”. Albo: „dlaczego pan się spóźnia?”. Wpadłem kiedyś na czytaną próbę Hamleta za trzy dziesiąta (poranne próby rozpoczynamy o dziesiątej) i usłyszałem: „dlaczego pan się spóźnia”. Była rzeczywiście 9:57, ale chodziło o to, że ja po prostu wpadłem do sali prób, zamiast uspokoić oddech i normalnie wejść. Wtargnąłem brutalnie z rzeczywistością ulicy, do tego w kurtce, bo nie zdążyłem jej zdjąć. A tu Hamlet, Królowa, Król, Ofelia, jej brat, jak on miał na imię…?

 

Laertes.

 

No tak, dziękuję. No więc Laertes, Poloniusz, Horacy, Gildenstern, no i zamiast Rozenkranca, zdyszany Kowalski prosto z ulicy. A Reżyser elegancki, w garniturze, z zegarkiem zdjętym z ręki i rozłożonym przed sobą, przygotowany do pracy, nastrojony na zupełnie inne częstotliwości. Nie pasowałem do tej układanki. W ogóle myślę, że Kazimierz Dejmek nie znosił ulicy w teatrze. Stąd też „ta noga”…

 

Proszę kontynuować.

 

Na pierwszej próbie kostiumowej Hamleta podczas sceny przywitania króla, przyklękając, źle ułożyłem stopę i zaraz usłyszałem z widowni: „jak trzymasz tę nogę!”. Miałem już kostium, a przyklęknąłem tak, jakbym zawiązywał sobie but na ulicy. Zabrakło koncentracji. To było niedopuszczalne. Jak wszystko, co pospolite, byle jakie, niedbałe. Wszystko, co nie jest kreacją. Zresztą, to autor Hamleta powiedział, że „teatr jest metaforą świata”. Metaforą, nie odwzorowaniem. A reżyser Hamleta, o którym mówimy, pilnował tego. Był bardzo staranny, widział wszystko. Wymuszał skupienie, może trochę jak w szkole, ale to była dobra szkoła.

 

Nie dawał aktorom swobody?

 

Mieliśmy swobodę! Można było proponować wszystko, ale oczywiście nie byle co. To musiało mieć ręce i nogi. Mieliśmy zresztą  dobre przygotowanie „stolikowe”. Czytane próby Hamleta trwały miesiąc: dyskusje, pomysły, pytania, wątpliwości. Ale reżyser miał wszystko dokładnie przemyślane. Chciał po prostu przeprowadzić nas tą samą drogą, którą przeszedł. Żebyśmy wiedzieli, co gramy. Żeby potem nie szwendały się po scenie postacie bez życiorysu, bez historii, bez celu w swoim scenicznym życiu. Żeby nie padały puste słowa. Bo dykcja jest oczywiście ważna, ale sama dykcja nic nie załatwi. Można z doskonałą dykcją „sadzić farmazony”, a Kuśpitowski musi przecież wszystko zrozumieć! Nie tylko brzmienie, ale i sens! Kuśpitowski to była ulubiona postać Kazimierza Dejmka. Często powtarzał: „Kuśpitowski musi wiedzieć, o co chodzi!”. To był argument nie do podważenia. Kuśpitowski przychodził na każdy spektakl, często z żoną, siadał gdzieś w przedostatnim rzędzie i musiał wiedzieć, o co chodzi. Zresztą Kuśpitowski przychodzi nadal. Kupuje dla siebie i żony bilety, siada na widowni i chce rozumieć, co jest grane! No cóż, miało być o Kazimierzu Dejmku, a my o Kuśpitowskim, ale to przecież jest ta sama historia. O szacunku do widza, do pracy kolegów. Tego uczyliśmy się wszyscy w tej szkole. Na koniec jako klamra – jeszcze jedna krótka historyjka o trzech minutach. Tym razem było trzy po drugiej. Dobrze to pamiętam. Poranna próba kończy się o czternastej. Pewnego razu, znów podczas prób „Hamleta”, już na scenie, patrzę na zegar przy stanowisku inspicjenta i widzę: 14:03, a próba jeszcze trwa. „Coś tu jest nie tak” – myślę – „może zegar się śpieszy”. I nagle słyszę krzyk: „dlaczego mi pani nie mówi, że już jest po drugiej” – woła Kazimierz Dejmek do inspicjentki (nie będę cytował wszystkiego). Zrobił jej awanturę, bo nie powiedziała mu, że czternasta już minęła. To była jego szczególna cecha – szacunek dla wspólnej pracy, dla czasu innych. Cenił solidne rzemiosło, z przekąsem używał zwrotu „artystycny”, zawsze przy tym „przepraszając za słowo”. Przestrzegał ustalonych godzin prób, a czas na nie przeznaczony wykorzystywał maksymalnie. Nie robił problemów ze zwalnianiem aktorów, którzy mieli dodatkowe zajęcia, czego na początku się obawiałem, odsyłał ich tylko do  asystenta. Ważne było, żeby odpowiednio zaplanować pracę. Cieszę się więc, że pracuję w teatrze imienia Kazimierza Dejmka, a jego duch objawia mi się za każdym razem, kiedy doświadczam  radości pracy zespołowej. Zresztą chyba nie tylko mnie! No i kiedy zamiast Bóg powiem puk. Chyba, że gramy Sen nocy letniej!

 

Czy jako aktor ma pan wpływ na słowa, które przekazuje pan publiczności? Na ile ma pan wpływ na koncepcję reżysera?

 

Koncepcja reżysera jest zawsze ograniczona możliwościami aktora. W tym sensie aktor ma na nią wpływ decydujący (śmiech). A mówiąc poważnie, dużo zależy od tego, jak układa się współpraca z reżyserem; czy stworzy się miedzy nami nić porozumienia, czy też on będzie chciał traktować mnie instrumentalnie. Jeśli aktor widzi, że reżyser wie, czego chce, czego szuka – a jeśli nie wie, to nie udaje, że wie – to mamy poczucie, że szukamy razem. To jest po prostu kwestia budowania relacji. Jak w życiu: zawsze jest pewne ryzyko, ale jeśli nie „wydasz siebie”, nie zbudujesz prawdziwej relacji. Podobnie w relacji twórczej. Potrzebne jest zaufanie, dające pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa, bo próby to jest zawsze skakanie na głęboką wodę. Czasem też pokonuje się kilometry, żeby wrócić do punktu, który był o krok. Słowa  są jednym z elementów układanki i oczywiście ostateczny kształt nadaje im aktor, ale sensów, intencji słów i działań poszukuje się wspólnie z reżyserem i zespołem. Kazimierz Dejmek, skoro już go wspomnieliśmy, dokładnie wiedział, o czym chce robić przedstawienie i to dawało nam poczucie bezpieczeństwa.

 

To o czym był jego Hamlet?

 

O teatrze. No i chyba o nim samym, o Dejmku. O tym, że teatr był w jego życiu najważniejszy. To miało być podsumowanie. Szkoda, że go nie dokończył.

 

A według pana po co jest teatr?

 

Żeby mówić prawdę o człowieku. Z miłością. Żeby podsuwać mu lustro, ale też dawać nadzieję, bo bez niej nie ma życia! Żeby opowiadać wspaniałe historie. Lubię być widzem w teatrze, lubię „zabrać się w podróż”. Nie zapomnę wrażenia, jakie zrobiło na mnie w młodości przedstawienie Nowych szat cesarza w warszawskim Teatrze Nowym. Jeden z pierwszych spektakli, jakie widziałem w życiu. To było to. Był tam Król, był dwór, była piękna historia, było kolorowo, tajemniczo i wspaniale. Byłem oczarowany. Młody widz,  nakarmiony takim pokarmem, będzie potem do teatru chętnie wracał.

 

Pan tak często wracał do teatru, że aż pewnego razu postanowił nigdy z niego nie wychodzić. Czym jest dla pana aktorstwo?

 

Uff, ale mnie pani ciśnie! (śmiech). Kiedyś powiedziałbym może, że sposobem na życie, dziś mówię po prostu: to mój zawód.

 

Tylko tyle?

 

No proszę, a mnie to musi wystarczyć! (śmiech). Ale mówiąc poważnie, dlaczego aktorstwo zawsze mnie pociągało? Ta niesłychana intensywność przeżyć, relacji międzyludzkich, to poczucie dotykania jakiejś tajemnicy w człowieku, przeniesienia codziennego doświadczenia na inny, wyższy „poziom istotności” – to wszystko może działać bardzo silnie, czasem jak narkotyk. Być może aktorstwo było dla mnie rzeczywiście swego rodzaju sposobem na życie, może trochę  ucieczką od rzeczywistości, prawdziwej odpowiedzialności, jakąś chłopięcą zabawą. Tak o tym myślę dzisiaj, dożywając półwiecza. Może było rodzajem poszukiwania sensu życia, potwierdzenia tego, że moje życie jest coś warte, jest ważne,  poszukiwania wynikającego z jakichś moich deficytów?

 

Teraz jest inaczej?

 

Z czasem coś się chyba zmieniło, coś zrozumiałem. Aktorstwo nadal jest dla mnie fascynacją i życiową przygodą, ale wiem, że nie określa mnie jako człowieka. Nie stanowi o mojej wartości to, jakim jestem aktorem. Nieważne, czy dostaję dużo braw czy mało, czy gram epizody czy duże role. Najważniejsza jest ta jedna główna rola, którą odgrywam na co dzień. Rola w dramacie, w którym wszystkie postaci są prawdziwe. Jeśli się śmieją, to naprawdę, jeśli płaczą, to też naprawdę, a najgorzej, jeśli z mojego powodu. A w życiu tyle jest sensu, ile miłości. To, co tworzy moją wartość, to są  relacje z inymi ludźmi. Tymi najbliżej i tymi troszkę dalej. To jest prawdziwe wyzwanie. I jeśli źle mi patrzy z oczu, to naprawdę jest nieciekawie! (śmiech). To wszystko nie znaczy oczywiście, że nie traktuję poważnie mojego zawodu – może nawet teraz poważniej niż kiedyś! To znaczy tyle, że zyskałem coś bardzo ważnego – konieczny dystans. To daje wolność. Stanisławski mówił: „kochaj sztukę w sobie, a nie siebie w sztuce”. Wracając więc do pytania, zawód – tylko tyle i aż tyle.

 

Rozpoznawalność przyniosła panu rola w popularnym serialu Plebania. Spektakle z pana udziałem (Mayday, Złodziej, Małe zbrodnie małżeńskie) cieszą się ogromną popularnością wśród widzów. Czy sukces zawodowy przekłada się na pana życie prywatne?

 

Staram się oddzielać życie prywatne od zawodowego, chociaż oczywiście to zawsze w jakiś sposób się wiąże. Na przykład kiedy moja córka dostała się do liceum, zabroniła mi przychodzić na zebrania rodziców, żeby w szkole nie kojarzono jej ze mną. Udawało się to przez pierwszy rok, w końcu jednak musiałem pójść, ponieważ żona zachorowała. No i narobiłem córce „siary” (śmiech).

 

W październiku w Teatrze Nowym odbędzie się premiera jednego z najdziwniejszych tekstów w historii teatru polskiego. Chodzi o Samuela Zborowskiego pióra Juliusza Słowackiego. Ten tekst na deski teatru przeniesie Szymon Kaczmarek. W jaką postać się pan wciela w tym spektaklu?

 

Gram postać księdza. Nareszcie! To było moim marzeniem po roli czarnego charakteru w Plebanii, gdzie przez prawie jedenaście lat grałem głównego antagonistę proboszcza (śmiech). Ale bądźmy znów poważni! To niewielka rola, ale bardzo mnie cieszy, podobnie jak współpraca z reżyserem i dramaturgiem. Żałuję tylko, że nie mówię tam wierszem, Słowacki naprawdę wielkim poetą był!

 

A jaka rola w pana życiu cieszy pana najbardziej? Która jest najważniejsza?

 

W życiu? Moja życiowa oczywiście, czyli rola męża i ojca, szczęśliwego człowieka Dariusza Kowalskiego. Tu WSZYSTKO DZIEJE SIĘ NAPRAWDĘ! To jest dopiero „jazda bez trzymanki”! Ostatnio moja córka, z którą wyjechaliśmy na wakacje we dwoje,  powiedziała mi: „fajny jesteś”. Wie pani, co to znaczy usłyszeć coś takiego od osiemnastoletniej córki? W życiu nie dostałem lepszej recenzji! Czy ja już mówiłem, że jestem szczęśliwym człowiekiem? (śmiech). Chociaż w teatrze też miałem dużo szczęścia. Grałem Rogożyna i Płatonowa mając tyle lat, ile miały literacke pierwowzory. Ponad sto razy wychodziłem na scenę jako Papkin – to była jedna z moich ukochanych ról. Grałem więc Fredrę, Moliera, Sofoklesa, Czechowa, Dostojewskiego, Szekspira. Słowo w najlepszym gatunku! Miałem szczęście pracować z dobrymi reżyserami, doświadczyć  radości pracy zespołowej. Jeden z najwspanialszych komplementów, jakie usłyszałem w teatrze, brzmiał: „ a kto tam cokolwiek zagrał?”. To było po nagradzanej Brygadzie szlifierza Karhana. Włożyliśmy w to przedstawienie – wszyscy – naprawdę dużo pracy i nie było tego wysiłku widać. To znaczy, że praca dała efekt. Miało się wrażenie, że każdy mógłby wejść na scenę i ot tak sobie zagrać to z marszu. Nikt się nie wybijał, nie odstawał, byliśmy jak prawdziwa brygada! A tę recenzję wygłosił człowiek teatru, jest więc tym cenniejsza. O to chodziło! Ale ta najważniejsza rola w teatrze i tak jest oczywiście przede mną.

 

Nawet w tej chwili. Mam pewną propozycję. Załóżmy, że reżyseruje pan w monodram (auto)biograficzny Dariusz Kowalski. Chce pan powiedzieć o głównym bohaterze coś, czego jeszcze nikt o nim nie wie. W jaki sposób prowadzi pan aktora? Co i jak ma ten aktor grać?

 

Oj, chyba muszę sam grać tę rolę. Nikt za mnie tego nie zrobi (śmiech). Na razie jestem przed inną premierą – Samuel Zborowski znacznie lepiej wgląda na afiszu niż Dariusz Kowalski, a i autor jest naprawdę pierwszorzędny, napisał niejedno arcydzieło. Zapowiada się ciekawie, zapraszam, może będzie można usłyszeć o głównym bohaterze coś, czego nikt jeszcze o nim nie wie? Wyłączcie telewizory i przyjdźcie do teatru! No i ta genialna fraza Słowackiego! Warto!

 

I wróciliśmy do słowa. Może na koniec naszej rozmowy podzieli się pan jednym, a dobrym ze swoimi widzami.

 

No tak, zaczynaliśmy od  słowa i na słowie kończymy. Jednym? To w takim razie jednym, a najlepszym. Jedyne słowo, jakie znam, całkowicie wypełnione sensem to Miłość. Od Niej wszystko się zaczyna i tylko w Niej może znaleźć szczęśliwe zakończenie!