o teatrze

Beata Kolak

sylwetka maja 2013

Beata Kolak, fot. Janusz Szymański 

 

Jeżeli wiem, że zrobiłam wszystko, żeby wykonać swoje zadanie dobrze, czyli że na czas nauczyłam się tekstu, zadałam reżyserowi tyle pytań, ile było mi potrzeba do ulepienia postaci, dopominawszy się o jasne odpowiedzi na moje pytania i włożyłam w to wszystkie emocje i wszystkie moje zdolności, które posiadam, moje doświadczenie, mój warsztat, to wtedy mogę powiedzieć, że jestem zadowolona z efektu.

 

 

Agnieszka Cytacka: Czym jest aktorstwo?

 

Beata Kolak: Zawodem.

 

Dla Ciebie?

 

Ważnym zawodem, zajęciem, bez którego trudno jest mi żyć. Ponieważ był taki czas w moim zawodowym życiu, że teatr troszkę się ode mnie odwrócił, nie pracowałam i bardzo źle to znosiłam. Dla mnie aktorstwo to zajęcie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania.

 

Czy te dwa światy – rzeczywisty i sceniczny – nakładają się na siebie?

 

Oj, tak. Czasem się mówi o aktorach, że oni udają na co dzień, bo są przyzwyczajeni do tego, żeby udawać na scenie. Tak naprawdę człowiek jest w stanie oddzielić to, co jest dla zawodu i to, co jest dla domu. A jednocześnie bardzo trudno jest się odciąć na tyle, żeby to się nie mieszało. Nie da się rozdzielić tego całkiem. Ale też nie znaczy, że udaję na co dzień. Szybciej prywatne życie przełożę na scenę, niż odwrotnie.

 

Ostatnio słuchałam pięknej wypowiedzi Anny Dymnej, która mówiła, że prywatnie nie potrafi kłamać. Jej bliscy, syn szczególnie, od razu wyczuwają każdy najdrobniejszy fałsz.

 

Ilu jest aktorów, tyle jest teorii na temat aktorstwa. Każdy to inaczej odbiera, każdy inaczej wchodzi w zawód, w rolę. Ja nie zapomnę czasów, kiedy byłam w Gdańsku w studium teatralnym. Wtedy sztandarowymi aktorami byli: Stanisław Michalski, Jerzy Łapiński i Henryk Bista. Każdy z nich reprezentował trzy różne podejścia do aktorstwa. I myśmy jako młodzi ludzie patrzyli na nich i zastanawiali się, jaki model przyjąć, jakimi aktorami chcielibyśmy być w przyszłości. Henryk Bista to typ bardzo zrównoważony, precyzyjny i pracowity do granic możliwości. Przy tym oczywiście piekielnie zdolny. Jurek Łapiński z ogromnym wyczuciem sceny i intuicją, z której dobrze korzystał. I Stasiu Michalski, który z kolei był aktorskim sybarytą. Z tego zawodu brał dla siebie wszystko, co najprzyjemniejsze. Oczywiście również mnóstwo dając temu zawodowi. Potem przyszedł taki moment, kiedy zaczęłam na własny użytek formułować  to zdanie, czym dla mnie jest aktorstwo. Tak naprawdę nie potrafię tego nazwać, określić. Nie potrafię powiedzieć, czy ja wchodzę w rolę, czy ją kreuję, czy kłamię. Staram się grać najlepiej, jak potrafię i wkładać w to tyle serca, ile tylko mogę w danej chwili. Z resztą w życiu też tak działam. Albo nie robię czegoś wcale, a jak robię, to wchodzę w to z butami. W związku z tym, jak pracuję, to pracuję całą sobą.

 

Czy masz jeszcze idoli? Jako studentka miałaś takich, czy jako dojrzała aktorka nadal się na kimś wzorujesz?

 

Jak każdy widz teatralny czy filmowy. Uwielbiam np. Maryl Streep i żeby nie wiem, co grała i żeby ktoś powiedział, że jej rola jest nieudana, to ja i tak będę ją uwielbiała. Ona ma w sobie coś tak fascynującego, przy tym nie jest to typowa piękność, urodę ma dość specyficzną, a bywa tak piękna! To jest dla mnie to! Chyba nikogo nie mogę nazwać swoim idolem.