o teatrze

Bartosz Turzyński

sylwetka listopada 2012

Bartosz Turzyński, fot. Bartłomiej Sowa 

 

Wcześniej również interesowałem się historią Łodzi, czasami wielkich fabrykantów: Scheiblerem, Poznańskim, ale nigdy nie słyszałem o historii Ślepego Maksa. To dla mnie bardzo ciekawe. Kiedy ogląda się amerykańskie filmy gangsterskie opowiadające o latach 20-tych, to ma się żal, że kultura polska pomija lokalne historie. A my mieliśmy to samo. Robi się wielkie produkcje tylko o tamtych gangsterach albo o włoskiej mafii, a nie opowiada się naszych rodzimych historii, które niejednokrotnie są dużo ciekawsze.

 

 

Agnieszka Cytacka: Co skłoniło cię do grania? Co interesującego kryje w sobie aktorstwo?

 

Bartosz Turzyński: Nie wiem, dzieciakiem byłem. Pewnie to, że na konkursach recytatorskich wygrywałem książki (śmiech). Lubiłem czytać, wierszyki mówić. Często mówiłem teksty, których nie rozumiałem. Czasem po latach sięgam po któryś z nich i myślę: „Boże, przecież to o całkiem co innego chodziło”. Ale mimo wszystko udawało mi się wtedy wygrać konkurs recytatorski. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego ludziom podoba się nie tekst, ale człowiek na scenie. Kiedy stwierdziłem, że chyba bardziej chodziło o mnie, niż o tekst, pomyślałem sobie: chyba mam predyspozycje. Całkiem dobrze robię wykonuję swoją pracę.

 

Gdybyś nie był aktorem, co byś robił?

 

Byłbym reżyserem (śmiech). Zawsze chciałem być aktorem i nim zostałem. Teraz jednak ciągnie mnie w stronę reżyserii.

 

Co chciałbyś reżyserować?

 

Filmy.

 

Ale jesteś aktorem teatralnym. Teatr jest dla ciebie większym wyzwaniem niż kino?

 

Większym. Teksty są znacznie trudniejsze. Są też trudne sceny filmowe, ale to jest całkiem inne granie. Pod kamerę, czasami na centymetry. W teatrze jest „duże” granie. Na scenie trzeba ciągle pamiętać o wielu ludziach, utrzymywać kontakt zarówno z aktorami na scenie, jak i widzami. Żeby inni reagowali, trzeba oddać cząstkę swojej energii. To jest trudniejsze.

 

Do reżyserowania dojrzewa się bardziej niż do aktorstwa?

 

Myślę, że tak. Mam na koncie kilka asystentur reżysera w teatrze i w filmie. Powoli zaczynam uczyć się tego wszystkiego. Lubię ciekawą, uczciwą, otwartą i zespołową pracę. Zdarzają się zadania nieciekawe, ale te robi się dla pieniędzy.

 

Bardzo wielu widzów zna cię z roli w spektaklu Diabli mnie biorą. Przedstawienie cieszy się dużą popularnością od kilku sezonów.  Teraz warto jednak opowiedzieć o Twoich nowych rolach. Przed wakacjami odbyła się premiera Kwartetu Heinera Müllera. W tym przedstawieniu wyreżyserowanym przez Karolinę Górecką przeistaczasz się z markiza w hrabinę. I na odwrót. Na scenie znajduje się tylko dwóch aktorów (ty i Katarzyna Arkuszyńska), którzy grają między sobą w różne erotyczne i wyrafinowane gry. Kwartet jest spektaklem intelektualnym, ale pani reżyser cały czas podkreśla, że fizyczność pełni w nim równie dużą rolę.

 

Zgadzam się. Szalenie trudno pogodzić intelektualność i fizyczność na scenie. Dotychczas jest to druga tak wyczerpująca i pochłaniająca mnie rola. Chyba najważniejsza w moim życiu. Na pewno najciekawsza. Uzyskałem w tej pracy bardzo dużą świadomość ciała. Tekst Müllera dominuje i podporządkowuje aktora pod siebie. Jeśli jesteś niedojrzały, nie dasz rady go zagrać. Jego trudność polega na wyjątkowo długich i skomplikowanych zdaniach. To nie jest typowy dialog. Żeby wystawić Kwartet, trzeba opanować monologi, wypowiadać je tak, żeby widz wszystko zrozumiał, a akcja szła dalej. Zaskoczyła mnie metoda, jaką wymyśliła dla nas Karolina. Polegało to mniej więcej na tym, że po wysiłku fizycznym, po solidnej 45-minutowej rozgrzewce, zaczynaliśmy relaksację – taki pół trans. Z tekstem i przyciemnionym światłem próbowaliśmy dokonywać przemiany własnego ciała. Niejako wychodzić z ciała i wchodzić w głos. Wymagało to od nas dużego zaufania dla pani reżyser, która zdobyła je dość szybko, a praca tą metodą pozwoliła na głębsze poznanie postaci. Wiem, że jeszcze dwa lata temu nie zdobyłbym się na odwagę wzięcia udziału w takiej pracy nad rolą. Przy Kwartecie pracowaliśmy od samego początku, od genezy, poznawaliśmy się i musieliśmy pokonać wiele barier, żeby się otworzyć. Kwartet to mocno seksualny tekst, więc żeby nie epatować na scenie dosłowną seksualnością, musieliśmy to napięcie zbudować z jakichś innych relacji, przełamać się, zacząć mówić o ciele otwarcie.

 

22 września w Dużej Sali odbędzie się premiera spektaklu Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata. Jest to sztuka napisana specjalnie dla Teatru Nowego przez Roberta Urbańskiego. Reżyseruje ją Jacek Głomb, dyrektor Teatru im. H. Modrzejewskiej w Legnicy. Wprowadź nas w atmosferę tego spektaklu, w ten łódzki półświatek rzezimieszków sprzed wojny.

 

To jest szalenie ciekawy temat. Dostaliśmy materiały od reżysera i od  dramaturga, ale historia Maksa tak mnie zaciekawiła, że sam zacząłem szukać w  Internecie. Znalazłem gazety z tamtych lat (1931 – 1934). Fantastyczny świat, Ślepy Maks trząsł Łodzią, okradał największych fabrykantów, a potem robił z nimi interesy. Miał świetny PR. Czytałem taki tekst współczesnego profesora historii, w którym autor stawia tezę, że gdyby Maks żył w dzisiejszych czasach, to z pewnością byłby politykiem. Tak doskonale potrafił sterować ludzkimi gustami. Bronił biednych, okradał bogatych. Zdania na jego temat są podzielone do dzisiaj – ponoć połowa środowiska żydowskiego wstydzi się go, uznając za typowego mafiozo. Jednak ówczesna biedota uważała, że to był fantastyczny człowiek, który im pomagał. Doszło do tego, że on się skupiał nie na samym długu, ale sprawdzał, czy dłużnik jest kombinatorem czy tylko ofiarą kombinatora. Wtedy wiedział, że jeśli pomoże biednemu, biedny go zapamięta. Bogatego to nie obchodziło, to był dla niego tylko interes.

 

Grasz Szaję Magnata. Co to za postać?

 

Gram jednego z przyjaciół Ślepego Maksa – Szaję Magnata. To autentyczna postać, znana z tego, że dobrze bije się w knajpach (śmiech). Nazywano go „najmocniejszą pięścią Łodzi”. W Kokolobolo pokazujemy go jako jeszcze w miarę młodego chłopaka, który dopiero zaczyna wchodzić w gangsterski świat. Jest cwaniakiem, królem knajp. A potem przytrafia mu się pewien wypadek i idzie niesłusznie do więzienia.

 

Szaja Magnat również jest postacią tak dwuznaczną jak Ślepy Maks?

 

Tak, on przechodzi pewną przemianę. Na siedem lat znika. Trafia do więzienia. Tam dostaje po tyłku, przemyśliwuje sobie kilka spraw i wraca jako rozsądny facet. My to przedstawiamy w następujący sposób: on wymyśla dintojrę, cały ten złodziejski sąd  i próbuje przekonać Maksa do swego pomysłu. Co do mojej postaci, to jestem w trakcie jej „rozgrzebywania”. Mogę tylko powiedzieć, że w pewnym sensie jest to jak najbardziej uczciwy facet, który zakochuje się w pewnej dziewczynie i dąży do tego, żeby jej zaimponować. Natomiast Maks, jak to historycznie wiadomo, uciekł z Łodzi  kilka dni przed powstaniem łódzkiego getta. Kiedy okupanci tu weszli, Maks uciekł, Szaja zaś został i w tym miejscu gdzie była knajpa Kokolobolo stworzył zakład szewski.

 

Tam, gdzie teraz jest parking na rogu ulic Wschodniej i Pomorskiej.

 

Warzywniak i parking, dokładnie. Szaja wpadł na pomysł, żeby zrobić zakład szewski, gdzie Żydzi będą szyć buty. Ma misterny plan, żeby osłabić Niemców. Zaczyna kraść skóry do produkcji butów. I przez te kradzieże tworzą się różne konflikty. Szaja kończy swój pobyt w getcie słowem „przepraszam”. Przeprasza wszystkich, że ich nie potrafił ich ochronić do końca. Także wychodzi na faceta z klasą i z twarzą, jak na tak ciężkie warunki, które tam wtedy panowały. Nie chcę jednak zdradzać do końca niektórych pikantnych szczegółów i ostrych scen. Zapraszam do teatru.

 

Dyrektor Zdzisław Jaskuła podkreśla, że do tej pory nie opowiedziano Łodzi językiem teatru. Dlatego kilka premier Teatru Nowego w tym sezonie będzie dotyczyło Łodzi. Dwie wrześniowe prapremiery to Hotel SavoyKokolobolo. Teatr ma również w najbliższych planach realizację spektaklu o grupie artystycznej Łódź Kaliska i o Katarzynie Kobro. Także szykuje się taka łódzka tetralogia.

 

Najwyższa pora. Zależy mi na tym mieście. Tutaj mieszkam od lat, tutaj urodziły się moje dzieci. Dla nas łodzian, dla widzów naszego teatru, jak i dla wszystkich mieszkańców miasta, Kokolobolo to wycieczka w historyczną podróż po Łodzi. Wcześniej wielokrotnie próbowano poruszyć temat Ślepego Maksa. Była próba zrobienia filmu o Ślepym Maksie. Podchodzono także do serialu, ale projekt nie przeszedł selekcji. Kokolobolo Teatru Nowego to pierwsze pokazanie tej historii na scenie. Dla nas, jako aktorów jest to ciekawe doświadczenie również z tego względu, że poznajemy miasto, w którym mieszkamy i pracujemy. Poznajemy je od podszewki. Gdybym urodził się w Łodzi, pewnie wiedziałbym więcej, więcej mógłbym od siebie opowiedzieć. Ale z drugiej strony, gramy przecież Żydów. Nie zamieniłbym się w Żyda, bo nigdy nim nie byłem. Nie wiem, jakim językiem się wtedy posługiwali bywalcy Kokolobolo. Wcześniej również interesowałem się historią Łodzi, czasami wielkich fabrykantów: Scheiblerem, Poznańskim, ale nigdy nie słyszałem o historii Ślepego Maksa. To jest dla mnie bardzo ciekawe, bo jak się ogląda amerykańskie filmy gangsterskie opowiadające o latach 20-tych, to się ma żal, że kultura polska pomija lokalne historie. A my mieliśmy to samo. Robi się wielkie produkcje tylko o tamtych gangsterach albo o włoskiej mafii, a nie robi się o naszych rodzimych historiach, które niejednokrotnie są dużo ciekawsze.

 

Podstrona aktora