o teatrze

Agnieszka Korzeniowska

sylwetka stycznia 2015

Agnieszka Korzeniowska 

 

Granie jest dla mnie bardzo ważne. Szczególnie to sceniczne – w relacji z widzem. Od razu wszystko wiadomo. Trzyma mnie w jakimś niesamowitym napięciu to, że wszystko zależy ode mnie i moich partnerów, od naszej kondycji danego dnia, od naszego skupienia i współpracy. I to, że niczego nie da się ukryć czy powtórzyć, jest fenomenalne.

 

 

Teatr to bardzo wyjątkowe miejsce dla mnie, to taka magiczna kraina, tam wszystko może się zdarzyć. Bardzo lubię przechodzić koło sceny wieczorem, w nocy, kiedy jest już po spektaklu i stoją tylko same dekoracje albo scena jest całkiem pusta. Tak, uwielbiam tę tajemnicę. Zawsze mam wrażenie, że ktoś tam jest, czasem wydaje mi się, że te różne postaci, które za chwilę się ukażą, coś zaczną mówić do siebie i rozegra się zupełnie nowe przedstawienie. Każda scena jest inna, daje inną bliskość z widzem i przez to zupełnie inny kontakt. Każda ma w sobie coś tajemniczego, coś wyjątkowego, inny rodzaj skupienia, inny zapach. Inny jest także smak moich wspomnień związanych z każdą ze scen, na których grałam.

 

Granie jest dla mnie bardzo ważne. Szczególnie to sceniczne – w relacji z widzem. Od razu wszystko wiadomo. Trzyma mnie w jakimś niesamowitym napięciu to, że wszystko zależy ode mnie i moich partnerów, od naszej kondycji danego dnia, od naszego skupienia i współpracy. I to, że niczego nie da się ukryć czy powtórzyć, jest fenomenalne. Lubię się sprawdzać, szukać, mieć przed sobą wyzwania. Ten zawód daje tę możliwość – wspaniały stan. Lubię także grać w etiudach studentów wydziału operatorskiego i reżyserii. Proponuję dużo różnych wersji. Wezmą, co będą chcieli, resztę wytną. Chyba dobrze się dogaduję z młodymi, dopiero zaczynającymi twórcami. Mam sporo cierpliwości w pracy ze studentami, bo wiem, że gdzieś i kiedyś muszą się tego nauczyć.

 

Jestem w Nowym już od 1999 roku, ale bardzo dobrze pamiętam ten dzień, a nawet ten moment, kiedy wraz z Mikołajem Grabowskim i grupą aktorów z Krakowa weszliśmy pierwszy raz na dużą scenę Teatru Nowego. Piękna chwila, dobra energia, nadzieje i marzenia. Teatr Nowy ma szczególne miejsce w moim życiu, zagrałam tu kilka moich najukochańszych ról. Pewnie to strasznie sentymentalne, ale zawsze mam wielki smutek w sobie, kiedy jakiś spektakl, w którym grałam ważną dla mnie rolę, w końcu schodzi z afisza. Przez jakiś czas chodzę jakby... z wyrwą w sercu.

 

Aktor jest po to, by… W szkole pedagodzy powtarzali „aktor to jest traktor” – ma zagrać wszystko, a nie wymądrzać się i bardzo się z tym zgadzam!!!

 

Gdybym nie była aktorką… pewnie wykonywałabym jakiś zawód wymagający kreatywnego podejścia. Może projektowałabym biżuterię. Czasem to robię. Poza tym, że pracuję z młodzieżą, pracowałam także przy kilku sesjach zdjęciowych jako stylista, fryzjer i make up.

 

Mój pierwszy raz na scenie... Jeszcze na trzecim roku studiów zagrałam Fałszywą Garbo w spektaklu Peepshow Henryka Baranowskiego. Graliśmy ten spektakl w Krakowie i w Warszawie w Teatrze Rozmaitości. To było bardzo ciekawe doświadczenie, ponieważ w Warszawie większość ról była dublowana. Każdy spektakl grany był w innej obsadzie. Maksymalne skupienie i czujność.

 

Ze szkoły pamiętam wspaniałych ludzi z mojego roku, z którymi przyjaźnię się do dziś, zaangażowanie niektórych pedagogów, wyjazd na trzecim roku do Londynu ze spektaklem muzycznym Doroty Zięciowskiej, ciągłe próby i wieczny brak czasu, bo robiliśmy dużo rzeczy nadobowiązkowych. Grałam sporo w scenach u reżyserów – to był bardzo ciekawy czas. No i zagrałam w Liście Schildlera Stevena Spielberga – niesamowite przeżycie. Zarówno zdjęcia próbne, jak i cały dzień na planie pamiętam w najdrobniejszych szczegółach. Miałam w scenę z Ralphem Fiennesem, było bardzo wiele dubli, ponieważ co ujęcie to reżyser dodawał coś nowego, coś zmieniał. Przez pierwsze dwa lata w szkole uważałam, że tylko teatr to coś poważnego, że tylko granie na scenie to jest wyzwanie. Tego dnia na planie poczułam, czym jest film. To była dla mnie wielka, nowa fascynacja i odkrycie, co znaczy nie grać a „być”.

 

Moje największe wyzwanie mam nadzieję, że jest jeszcze ciągle przede mną. Może zdarzy się w... 2015 roku.

 

Największy sukces to mają aktorzy w Hollywood. Ja cieszę się, że mam to szczęście, że wykonuję ten piękny zawód, że ciągle pojawiają się jakieś propozycje. Mam też satysfakcję innego rodzaju. Od kilku lat prowadzę Warszataty Aktorskie z młodzieżą i w obecnej chwili w każdej ze szkół teatralnych na każdym roku znajduje się kilkanaście osób z tych warsztatów, niektórzy są już absolwentami i całkiem dobrze radzą sobie w zawodzie.

 

Rola marzeń… każda, nad którą pracuję.

 

Moja ulubiona kwestia… a właściwie cały monolog z Małych zbrodni małżeńskich: „Nie można uciec od własnego przeznaczenia! A ty jesteś moim przeznaczeniem! Zapadłeś we mnie głęboko, a ja zapadłam w ciebie – jesteśmy uwięzieni. Co to znaczy kochać mężczyznę? To znaczy kochać go na przekór sobie, na przekór niemu samemu, na przekór całemu światu. Kocham twoje pragnienia, kocham twoje awersje, kocham ból, jaki mi zadajesz. Kochałam cię przedtem nim chciałeś mnie zabić i teraz nadal cię kocham. Tkwisz we mnie. Jestem twoim odbiciem, a ty jesteś moim i żadne z nas już nie może istnieć oddzielnie. Tak, tak możemy się rozstać, lecz nie możemy się rozłączyć...”. Pięknie napisane.

 

Inspiracji szukam… Właściwie nie szukam inspiracji, sama przychodzi. Wszystko może nią być, cały otaczający świat, każdy człowiek, z którym rozmawiam, którego słucham albo taki, którego tylko mijam. Bardzo inspiują mnie podróże,muzyka, literatura, malarstwo i film.

 

Moim mistrzem jest… Zarówno w PWST w Krakowie, jak i później w pracy miałam szczęście i możliwość pracy z najwybitniejszymi artystami. Najważniejsi dla mnie to Jerzy Stuhr i Krystian Lupa. Najwspanialsze było to, że z panem Jerzym Stuhrem spotkałam się i w pracy teatralnej, i w filmie, a z Krystianem Lupą w szkole i w Teatrze Starym, kiedy tworzył swoje wybitne przedstawienia: Lunatyków I i Lunatyków II, za które otrzymał znaczące nagrody europejskie.

 

Lubię, kiedy widz dobrze się bawi, albo kiedy na widowni zapada niesamowita cisza i widz jest czymś zaskoczony czy przejęty i wzruszony.

 

Pamiętam wpadkę w Królu Learze, kiedy w miłosnym monologu Szekspira powiedziałam „...zdobyłeś fortecę mego sera” zamiast „serca”. Zorientowałam się po chwili, dotarło do mnie, co powiedziałam i całą siłą woli, patrząc głęboko w oczy mojemu partnerowi wyznawałam miłość dalej. Jakimś cudem udało nam się z Andrzejem Konopką nie zgotować się i dobrnąć do końca sceny. Reszta naszych partnerów na scenie mniej lub bardziej wewnętrznie umierała ze śmiechu.

 

Największy koszmar związany ze sceną... Koszmar na żywo to chyba nie miał miejsca, ale sny zdarzają mi się koszmarne: że nie wiem, co za sztukę dziś gram, zaraz wchodzę na scenę i nie wiem, którym wejściem i największe koszmary, że nie znam swoich kwestii.

 

Aktorstwo jest spełnieniem. Także spełnieniem marzeń.

 

Kiedy schodzę ze sceny, jestem kłębkiem emocji, jestem bardzo nakręcona, zmęczona, a jednocześnie czuję, że gdyby ktoś powiedział „jeszcze raz”, bez zastanowienia, natychmiast gotowa byłabym powtórzyć na przykład Małe zbrodnie małżeńskie.

 

Kiedy nie gram, prowadzę warsztaty aktorskie z młodzieżą.

 

Tremę mam... zawsze. Wchodząc na scenę, jestem podekscytowana i przejęta. Na szczęście nie jest to paraliżująca trema, po chwili o niej całkiem zapominam.

 

W styczniu zapraszam do teatru na Małe zbrodnie małżeńskie i Złodzieja. Również teraz będą miały swoją premierę nowe odcinki „Na wspólnej”, w których zagrałam już parę dobrych miesięcy temu. To bardzo ciekawa rola w całkiem nowych wątkach tego serialu.

 

W domu toczy się życie prywatne, a jak sama nazwa wskazuje jest ono prywatne.

 

Życzę Państwu Wspaniałego Nowego 2015 Roku! Radości, szczęścia, bogactwa materialnego i duchowego, a przede wszystkim wielu wzruszeń i niezapomnianych chwil w Teatrze Nowym!

 

Podstrona aktorki